Dziennik jordański - dzień 8

10:34

Dziś macie okazję przeczytać ósmą (ostatnią!) część relacji z mojego wyjazdu do cudownej, pięknej Jordanii. Przez wszystkie dni, starałam się wieczorem napisać co mnie tego dnia spotkało, co widziałam i robiłam. Zapraszam również do przeczytania o tym, co działo się wcześniej :)




Pobudka oczywiście skoro świt - już trochę przywykłam do tego, że mój wyjazd do Jordanii nie jest odpoczynkiem. Dziś ostatni dzień podróży, ale to nie znaczy, że chciałam się lenić. Ktoś powiedział mi o świetnej jednodniowej wycieczce zorganizowanej przez JETT (tak - to jest ta firma autobusowa, ale przy okazji robi objazdówki). Wycieczka podobno idealna, ciekawa, w kameralnym gronie. Jasne... sranie w banie. Być może nie podobało mi się aż tak bardzo, ponieważ nie jestem stworzona do łażenia za przewodnikiem. I do tego w grupie. 
Tuż po przyjeździe z tripa miałam wsiąść do busa na lotnisko - jako, że oba przystanki są zlokalizowane od siebie jakieś 500 metrów, a według planu miałabym jakieś 40 minut na przesiadkę, nie wydawało mi się to jakąś misją niemożliwą, czy jak kto woli mission impossible. Jak zwykle wyszło trochę inaczej. No ale nic - od początku.

Pobudka raniutko, bo według tego, co jest na stronie, autobus miał odjeżdżać z 3rd Circle o 7:00 i że na miejscu należy być 30 minut przed planowanym odjazdem. No ok. Pożegnałam się z hostami, wsiadłam do Ubera i około 6:40 byłam na miejscu. Czekam, czekam, nic się nie dzieje. 7:10 - nagle odjeżdża jakiś autobus. Ja zeschizowana, że powinnam w nim być, a jestem tu - na parkingu! Jakiś Pan jednak mnie uspokoił - to była tylko wycieczka do Petry. Pan był pracownikiem wypożyczalni aut, więc zaprosił mnie do swojego biura, żebym nie marzła na zewnątrz aż do 8:00. Ja - że co?! Do 8:00? Przecież na stronie jest napisane, że odjazd jest o 7:00... Otóż nie. Więc kiblowałam w tej wypożyczalni do 8:00, na parkingu zbierało się coraz więcej ludzi. Czyli tylko ja źle odczytałam godzinę odjazdu ;). Jednak czekanie nie wyszło aż tak źle - poznałam dziewczynę z RPA, która przeniosła się do Ammanu, aby pracować jako stewardessa na Bliskim Wschodzie. Jej marzeniem było odwiedzić Polskę. Zimą. Żeby śnieg zobaczyć. Nie chciałam jej niszczyć marzeń, ale też bym chciała zobaczyć zimą śnieg w Polsce!

Pierwszym przystankiem na naszej trasie miała być Madaba. Przynajmniej według tego, co było napisane na stronie internetowej. Oczywiście tu też informacje okazały się średnio prawdziwe, bo zaczęliśmy od ostatniego punktu - była to Betania za Jordanem. To właśnie tu rozpoczął się koszmar wyjazdu grupowego, zorganizowanego. Po pierwsze - prawie nic stamtąd nie wyniosłam, bo przewodnik miał serdecznie w dupie, czy ktoś go słyszy. Po drugie - tempo przewodnika było dla mnie za szybkie. On właściwie biegł i tylko nas zaganiał. Jak jakieś owce. Po trzecie - gdy już oglądasz jak ludzie kąpią/chrzczą się w Jordanie 20 minut i już chcesz iść... To nie możesz! Bo grupa chce oglądać dalej... Moje myśli o Betanii:
1. Większość ludzi odbywających tam chrzest robi to dla jaj, funu, zabawy... Zwać jak zwać.
2. Widok żołnierzy z karabinami jest smutny w takim miejscu. Wiem, że te sprawy bliskowschodnie są skomplikowane, itd., ale no bez przesady!
3. Koszt biletu jest przesadnie drogi do tego, co zobaczyłam. Za 12 JOD powinnam spodziewać się fajerwerków. Albo chociaż jakichś tablic informacyjnych? Nie wiem. Cokolwiek. Pomijam to, że Jordan Pass tam nie działa.
4. Strona izraelska Jordanu wydaje mi się bardziej przyjazna. Nie wiem, bo nie byłam - twierdzę tak tylko po tym, co widziałam z tarasiku widokowego. Tam ludzie śpiewają, przeżywają zanurzenie się w rzece i, chyba, jest to dla nich prawdziwe duchowe przeżycie. Po naszej, jordańskiej stronie, ludzie mieli niezłą bekę, że zanurzają się w świętej wodzie.
5. Wejście na teren okolic rzeki jest bardzo ciekawy i nie wiem czy nie najciekawszy z tego co tam widziałam, przeżyłam. Serio - prawie jak przejście przez bramki bezpieczeństwa na lotnisku! I nie sądziłam, że ten teren jest aż tak uzbrojony...
6. Cała ta otoczka powodowała, że to miejsce klimatu po prostu nie ma. No w ogóle. Z jednej strony Jezus, z drugiej robienie sobie jaj z tak ważnych dla niektórych osób spraw.

To tyle. Jestem serio zdegustowana...





Góra Nebo była drugim przystankiem podczas wycieczki. Tu czekało mnie kolejne rozczarowanie - marny widok z góry, który podobno również zobaczył kiedyś Mojżesz. Niby Ziemia Obiecana, na którą miał nigdy nie dotrzeć. Jordan Pass oczywiście również nie działa. Bo to teren prywatny. 





Trzeci przystanek - fabryka mozaik. Nawet nie wychodziłam z autobusu... To był po prostu bardzo drogi sklep z pamiątkami. Nie wiem, ale wydaje mi się, że kierowca dostawał od różnych ludzi kasę, aby gdzieś nas dodatkowo zawozić... Bo tuż za sklepem czekała na nas... restauracja! No fajnie, że w planie wycieczki w ogóle gdzieś o tym była mowa. Półtorej godziny, że tak powiem, w dupę. I tu zaczęła się walka z czasem... Zdążę na autobus na lotnisko, czy nie? Pytam się Pana kierowcy - on że taaak. Że na pewno. Trochę mnie uspokoił. Po czym dodał ALE... "jeśli nie, to mogę Cię podrzucić na lotnisko z Madaby - tylko wtedy jedziemy tam, gdy inni zwiedzają Madabę". Stwierdziłam, że to nie jest głupia opcja, więc obiecałam to przemyśleć. Gdy po obiedzie powiedziałam, że chętnie skorzystam z propozycji, on mi walnął cenę za "podrzucenie" 25 JOD. Ha ha. Ha. No już mu tyle płacę. W Polsce "podrzucić" oznacza STARY, NIE WEZMĘ OD CIEBIE ANI ZŁOTÓWKI. W Jordanii - chyba zupełnie coś innego ;). W takiej sytuacji postanowiłam zaryzykować i czekać. Gdy dojechaliśmy do Madaby nie miałam ochoty już nic oglądać. Stwierdziłam, że poczekam na miejscu, aż wszyscy ludzie dotrą do busa. Podobno Madaba jest piękna, ale zawsze przecież mogę wrócić tam sama. Bez walonej wycieczki zorganizowanej! Pan kierowca nie dawał za wygraną - podrzucę Cię za 20 JOD! Albo załatwię taxi za 15 JOD! Dzięki. Nie. Poczekam, zobaczę co się stanie. O 16:00 wszyscy wycieczkowicze dotarli na parking, więc mogliśmy ruszać. Teoretycznie droga powinna nam zająć jakieś 40-50 minut. Pan kierowca dojechał w, uwaga, niecałe 30 minut! Dzięki temu byłam na przystanku grubo przed autobusem na lotnisko. Jeej!
Pobiegłam więc czym prędzej na przystanek lotniskowy. Nie był trudny w zlokalizowaniu, bo na miejscu czekała już dwójka chłopaków z walizkami, a otoczeni oni byli chyba z czterema innymi facetami - taksówkarzami. Przekonywali, że taksówką jest taniej, lepiej niż autobusem, ale byli twardzi. Zaczepiłam ich, czy też czekają na busa (no cóż... rozmowę jakoś w końcu trzeba zacząć, co nie?). Oni, że tak. To ja, że super! Gdzie lecicie? Oni: do Warszawy. Ja: Ale jaja! Ja też! Tutaj napomknę, że oczywiście cała konwersacja odbywała się po angielsku. Postanowiliśmy twardo czekać na autobus - mimo, że taksówkarze schodzili coraz bardziej z ceny. Zaczęło się od 12 JOD. Po minucie było już 8 JOD, a po kolejnych dwóch minutach cena stanęła na 6 JOD... Wtedy stwierdziliśmy, że cena jest jednak super i jedziemy razem taksą! Magia, co nie? Co lepsze - oni zdecydowali się zapłacić większość, a ja miałam dopłacić tylko 1 JOD. Okazało się, że chłopcy są z Arabii Saudyjskiej i studiują w Polsce we Wrocławiu. Niedługo zostaną żołnierzami zawodowymi i... wrócą do swojego kraju. Taki Erasmus trochę. Niestety - nie poznałam nawet ich imion, ale spędziliśmy miło czas na lotnisku. Przynajmniej nam się nie nudziło :) Myślę, że takie momenty są dużo bardziej wartościowe, niż zaliczanie kolejnych turystycznych miejsc. Serio. Warto podróżować!

Ten wyjazd dał mi wycisk. Cały powrotny lot spałam jak dzidiuś (skąd to powiedzenie? Bobasy budzą się przecież non stop...). Baardzo mi się tu podobało i zamierzam wybijać ludziom stereotypy z głowy. Blondynka sama w Jordanii? Bez problemu! ;)



Zobacz też

2 komentarze

  1. Piękne zdjęcia i ciekawy post.
    Oby tak dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wybraliście się do bardzo ładnego miejsca. Czekam na kolejny post i oby tak dalej :)

    OdpowiedzUsuń