Dziennik jordański - dzień 7

10:30

Dziś macie okazję przeczytać siódmą część relacji z mojego wyjazdu do cudownej, pięknej Jordanii. Przez wszystkie dni, starałam się wieczorem napisać co mnie tego dnia spotkało, co widziałam i robiłam. Zapraszam również do przeczytania o tym, co działo się wcześniej :)






Rano wraz Robertem i Gabią zamierzaliśmy wstać na wschód słońca. Wschód słońca na pustyni! No kurde - marzenie, co nie? Niestety nikt nie potrafił powiedzieć nam o której to będzie, więc uwierzyliśmy iPhonowi - 6:33. Gdy zadzwonił budzik, stwierdziłam, że ja to walę i nigdzie nie idę. Bo jest mi tak dobrze i ciepło... Ale słyszałam jak Litwini wychodzą na zewnątrz z namiotu. Po jakichś pięciu minutach wrócili do siebie. Później okazało się, że ze wschodu słońca były nici, bo było straszne zachmurzenie. Tak myślę sobie, że może gdybym wstała, to miałabym jakiekolwiek zdjęcie z dziś - pomijając to z trasy do Ammanu...  Ale nie - lenistwo wygrało. 

O 7:00 mieliśmy mieć śniadanie, a wyjazd o 7:30, lecz właściciel campu coś poplątał i śniadanie było robione na 7:30. Gabia z Robertem trochę się spieszyli, bo zamierzali jak najwięcej czasu spędzić w Petrze, więc staraliśmy się jeść dość szybko. Nagle przyjechał Ahmad i było widać po jego twarzy, że coś się stało. Okazało się, że zmarła jego babcia... Beduini są bardzo rodzinnymi ludźmi, rodzina Ahmada podobnie, wiec widać było, że jest mu ciężko. Zwłaszcza, że babcia nie była wyjątkowo stara - miała 73 lata. Jej mąż, według Ahmada, ma 117 lat, ale nie jestem w stanie w to uwierzyć. Co ciekawe - była drugą wziętą żoną dziadka Ahmada. Ale jeszcze ciekawsze jest to, że wielożeństwo to nie jest rzecz bardzo popularna w Jordanii. Z rodziny Ahmada tylko jego dziadek miał dwie żony, teraz obie już zmarłe. Wiek dziadka bardzo mnie zastanawia, bo podobno beduini sami dla siebie są lekarzami i właściwie w ogóle nie chodzą po porady lekarskie. W takim razie dziadek musi mieć dobre geny! Przez sytuacje z babcią Ahmada musieliśmy jeszcze bardziej przyspieszyć śniadanie i wyjazd. Po drodze do Wadi Musa zajechaliśmy jeszcze do wujka Ahmada, bo ten nic nie wiedział o śmierci w rodzinie. A z tego prostego powodu, że mieszka na pustyni w miejscu gdzie nie ma zasięgu. Potem już prosto ruszyliśmy do Wadi Musa. Początkowo była mała stypa, ale nie ma się co dziwić... Z czasem Ahmad trochę odzyskał humor, więc jazda była dużo przyjemniejsza. Po  półtorej godziny dojechaliśmy do domu. 

Po wejściu marzyłam o jednym - ciepłym prysznicu. Ostatnio myłam się poprzedniego dnia rano, tuż przed wyjazdem na pustynię, więc serio myślałam tylko o tym, żeby w końcu zmyć z siebie piach, który był nawet w uszach. Niestety nie było mi to dane... Bojler Ahmada dokonał żywotu w noc, kiedy my świetnie bawiliśmy się na pustyni. Tak więc czekał mnie kolejny, niezbyt satysfakcjonujący prysznic. Nie dość, że w domu Ahmada było prawie tak zimno jak na zewnątrz (czyli jakieś 10 stopni?!), to musiałam wykąpać się  zimnej wodzie. Nie polecam - Joanna Naworska. 

Szczerze... Dalej nic się nie działo. Ten dzień był totalnie bezproduktywny. Było... cudownie!!! Podczas gdy Ahmad spotykał się z rodziną i załatwiał kogoś kto naprawi bojler, ja grzałam się przy piecyku, czytałam książkę, pakowałam się. Potem Ahmad przyniósł obiad, więc byłam prze  prze przeszczęśliwa, że nie muszę nigdzie wychodzić. Około 17:00 zjawili się Gabia i Robert, aby zgarnąć mnie i ruszyć wspólnie do Ammanu. Po drodze zajechaliśmy jeszcze na obiad. Niestety droga straaaasznie się ciągnęła, a to wszystko z powodu strachu Roberta przed "normalnym" prowadzeniem auta. Normalnym, czyli mam na myśli - po jordańsku. Czasem było ograniczenie do 100 km/h, a Robert ostro jechał 40-50 km/h... Wiem, że miałam podwózkę za darmo, i takie tam... Że może nie powinnam marudzić... Ale kurde no bez przesady! Miałam ochotę kolesiem potrząsnąć i go uświadomić, że jak jedzie 40 km/h to wcale bezpieczniej nie jest, albo sama pokierować. Ok... po 4 dłuuugich godzinach dojechaliśmy do Ammanu. Mimo wielkich chęci, aby podrzucić mnie do moich hostów, Robert nie był wstanie tam dojechać - a wszystko dzięki jednokierunkowym uliczkom Jabal El-Webdeih. Moi hości poszli na imprezę, więc do domu weszłam tylnym tajemnym wejściem, które miałam już okazję poznać, kiedy zostawałam u nich kilka dni wcześniej. Nie czekając na nich, ogarnęłam się i poszłam spać. Kolejny dzień jest hardkorowy... 

Zobacz też

1 komentarze