Dziennik jordański - dzień 6

10:35

Dziś macie okazję przeczytać szóstą część relacji z mojego wyjazdu do cudownej, pięknej Jordanii. Przez wszystkie dni, starałam się wieczorem napisać co mnie tego dnia spotkało, co widziałam i robiłam. Zapraszam również do przeczytania o tym, co działo się wcześniej :)



Dzień zaczęłam dość wcześnie - wstałam już około 8:00 rano. A to wszystko z obawy o brak ciepłej wody do wymycia włosów. Coś dziwnego stało się z bojlerem Ahmada i nie grzał tyle wody, ile powinien... Podczas brania prysznica okazało się jeszcze, że ciśnienie wody spadło na tyle, że jedyne na co mogłam liczyć to kilka kropelek wolno ciurkających ze słuchawki. Fajnie. Wiedziałam, że na pustyni nie mam co liczyć na prysznic, więc serio miałam nadzieję, że jednak trochę się umyję ;). Po dłuuuugim czasie coś tam mi się udało, choć nie było to przyjemne doświadczenie. Około 10:30 do domu Ahmada przyjechali Gabia i Robert - litewska para, która poprzedniego dnia dołączyła do mnie i Rosie, aby pojechać razem na pustynię. Lecz zamiast ruszyć zgodnie z planem, Ahmadowi włączyła się gościnność i zaczął im proponować jedzenie i picie, z czego niestety skorzystali. Tak więc wyszliśmy z domu około 11:00, ale Robert chciał jeszcze wybrać kasę z bankomatu, więc tak na prawdę wyjechaliśmy z ponad godzinnym opóźnieniem... Wjazd na pustynie jest płatny, ale na szczęście każde z nas miało Jordan Pass, wiec zamiast jechać kupić bilety do Visitor Centre, mogliśmy jechać prosto na pustynię. Po około 1,5-godzinnej przejażdżce, z dwoma przystankami na widoczki, dojechaliśmy do rodziny Beduinów. Takiej prawdziwej! Na początku przywitała nas głowa rodziny wraz z synami, którzy poczęstowali nas herbatą. Niestety była strasznie słodka, a ja pije gorzką, ale mimo to wypiłam jej dość sporo. W sumie już powinnam przywyknąć do wszechobecnego cukru. Niestety właściwie nikt nie mówił płynie po angielsku, więc Ahmad musiał wszystko tłumaczyć - rozmowa średnio się kleiła ;). Beduin powiedział mi nawet, że jeśli chcę, może mnie nauczyć zabijać kozę i piec chleb, ogólnie jak zostać Beduinką, ale tą pierwsza rzeczą w żadnym wypadku nie byłam zainteresowana... Po jakimś czasie wraz z Rosie i Gabią poszliśmy do części przeznaczonej tylko dla kobiet - obcy mężczyźni, którzy nie należą do rodziny, nie mają tam wstępu. Niestety, ale tam z angielskim było jeszcze gorszej, ale jakoś się dogadałyśmy. Głównie na migi, plus jedna z dziewczyn nauczyła się mówić czegoś szkole. Kobiety również poczęstowały nas zbyt słodką herbatą oraz świeżo wypieczonym chlebem - podobno miały go zrobić specjalnie dla nas, ale chyba coś się nie złożyło. Jedna z córek pokazała nam również swoje dzieła, czyli biżuterię z koralików. Myślę, że miała nadzieję, że jedna z nas coś po prostu kupi, ale nie wykazywałyśmy najmniejszego zainteresowania jej sztuką, więc sobie poszła...





Po jakimś czasie ruszyliśmy dalej, aby zobaczyć różne dzieła natury - mosty, grzyby, wydmy, oraz dzieła człowieka. Rysunki na skałach mają podobno 2000 lat, ale myślę, że to ściema dla turystów podobnie jak to całe beduińskie życie na pustyni. Ludzie ubierają się w chusty, noszą charakterystyczne ubrania, na podwórku mają kozy, a w kieszeni - najnowszego iPhona. Jestem w stanie się założyć, że trzymają gdzieś tez lodówkę, pralkę i telewizor. 







Przy jednym z łuków skalnych była kolejna okazja na wydanie kasy - jazda na wielbłądzie. Beduini niezbyt się ucieszyli gdy usłyszeli, że na wielbłądach ani innych zwierzakach jeździć nie chcemy. Zrobiliśmy sobie tylko z nimi zdjęcia i myślę, że dla wielbłądów była to wystarczająca rozrywka. Jeden z nich nawet mnie ukąsił w ramię, ale miałam na sobie kurtkę, więc tylko mnie to rozśmieszyło :)




Gdy kolejnym razem wsiedliśmy do auta, Ahmad pozwolił mi trochę poprowadzić. Nie jeździłam jeszcze nigdy automatem (nie liczę tych 5 km na Islandii ;)), więc było trochę dziwnie, ale chyba dawałam radę. Po piachu co prawda nie jeździłam, ale mimo wszystko miałam duży fun! Tuż przed zachodem słońca udało nam się dojechać na wydmy i zobaczyć jak pięknie wygląda zachodzące słońce na pustyni. Mieliśmy duże szczęście, bo goniące nas prawie cały dzień chmury nagle zniknęły! 








Około 18:00 dojechaliśmy na nasz camp. Cały czas zastanawialiśmy się jak będzie wyglądał nasz nocleg... Czy będziemy spać razem? A może na ziemi? Gdzie będzie łazienka? Okazało się, że każdy ma swój namiot z dwoma łóżkami i mini łazienką. Czyli nie tak źle jak na pustynię! Nie były to warunki hotelowe, ale również nie beduińskie. Po zostawieniu swoich rzeczy, poszliśmy na kolację. Przygotowano dla nas danie „do góry nogami” czyli maklouba. Jest to danie złożone z ryżu, warzyw (u nas był na pewno kalafior, bakłażan, ogórki, pomidory) oraz kurczaka. Na końcu danie jest wyłożone tak, że to co było na dole, jest u góry. I stąd nazwa. Porcja była nie do przejedzenia! Oczywiście częstowani byliśmy również herbata, która była standardowo za słodka. Aby nie umrzeć z zimna, bo o tej porze było na zewnątrz już tylko 3 stopnie, rozpaliliśmy ognisko przy którym siedzieliśmy do około 23:00. Paliliśmy shishę, rozmawialiśmy o życiu, zwyczajach w naszych krajach. Dowiedzieliśmy się na przykład co nieco o byłej żonie naszego hosta. Byłej - bo są po rozwodzie. A byli małżeństwem aż 14 lat! Podobno na ich ślubie, weselu było 4000 osób... Jednak nie był to tylko ich dzień, ale również innych pięciu par z miasta. Ahmad powiedział nam że sam, własnymi rękami, musiał zabić 72 kozy i 12 wielbłądów. Pewnie z roku na rok historia robi się coraz ciekawsza ;) W trakcie wieczora co chwile ktoś przyjeżdżał odwiedzić Ahmada i się do nas przysiadał, ale większość nie była jednak zainteresowana aby się z nami jakkolwiek zapoznać. Gdy ognisko już dogasało, wróciłam do swojego pokoiku. Było tak bardzo zimno, że z trudem umyłam zęby. Nie mogłam utrzymać w dłoni szczoteczki ani nałożyć na nią pasty! Serio, niesamowite przeżycie ;) Na szczęście beduińskie koce są tak grube i ciężkie, że w nocy było mi wręcz zbyt gorąco. Ale akurat na to nie mogłam narzekać. 


Zobacz też

0 komentarze