Dziennik jordański - dzień 5

10:20

Dziś macie okazję przeczytać piątą część relacji z mojego wyjazdu do cudownej, pięknej Jordanii. Przez wszystkie dni, starałam się wieczorem napisać co mnie tego dnia spotkało, co widziałam i robiłam. Zapraszam również do przeczytania o tym, co działo się wcześniej :)





Poprzedni dzień, z powodu różnych przygód, nie był zbyt owocny i nie udało mi się zobaczyć w Petrze zbyt wiele... Więc aby porządnie zwiedzić Petrę, dziś miałam silne postanowienie o rozpoczęciu zwiedzania nie później niż o 10:00 - zamierzałam dojść do Monastyru i wrócić trasą pomarańczową, Wadi al-Farasa, żeby nie łazić ciągle tą samą drogą.  Oczywiście z powodu imprezy dzień wcześniej, w ogóle mi się to nie udało i wstałam dopiero chwilę po 9:30. Było mi trochę smutno, bo przecież bilet do Petry kosztuje miliony monet, ale koniec końców stwierdziłam, że przecież jestem na wakacjach i jeśli potrzebowałam snu - trzeba było się wyspać. Na szczęście ogarnęłam się bardzo szybko i u bram Petry byłam już o 11:00. I tak wyszło mi dość sprawnie! Wcześniej gdy patrzyłam na mapę, Petra była w linii prostej oddalona od domu o 900 metrów - czyli nie dużo. Niestety nie wzięłam pod uwagę, że mieszkam na wzgórzu. Byłam więc zmuszona do porannego, dwukilometrowego spaceru.Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że miałam zaplanowane co najmniej 20 kilometrów w Petrze. Pierwszego dnia droga od wejścia do Skarbca wydawała mi się straszliwie długa. Tym razem, aż do amfiteatru udało mi się nie zatrzymać, więc już wiem skąd to wrażenie. Wystarczyło mieć schowany aparat i ta dam! Zwiedzanie szło sprawnie ;) Potem wyjęłam aparat i było już trochę gorzej, ale to nie był jedyny powód. Drugi to schody! Ad Deir, czyli trasa do Monastyru, jest właściwie przedłużeniem głównego szlaku. Od samego jej początku, było już tylko pod górę. Na mapie ta trasa była oznaczona jako „hard”, ale chyba tylko dla kondycji fizycznej. Bo nie było trudnych podejść, łańcuchów itd, tylko dużo schodów. Oj, dużo... Jestem ciekawa, czy ktoś kiedyś policzył ile ich jest? Niektórzy ludzie aby się nie męczyć wynajmowali osiołki, coby one na swoim grzbiecie zawiozły tych głupków na sam szczyt, do końca trasy. Wszyscy ci ludzie na osłach, którzy mnie mijali, mieli wypisane przerażenie w oczach, bo osioł nie za bardzo słuchał się Pana. Osiołek zamiast w prawo, to w lewo. Zamiast do przodu, to do tylu. I to hopsasanie na schodkach... Spadną z osła, czy nie spadną? Myślę sobie - dobrze im tak! Jeśli nie jesteś w stanie gdzieś dojść, to nie wyręczaj się zwierzęciem! Przypominało mi to sytuacje z Morskiego Oka... Smutny los zwierząt. I tak swoją drogą - ludzie powinni korzystać z nóg. To jest wielkie dobrodziejstwo. Od przejścia 1,5 kilometra po schodach raczej się nie umiera. Owszem - nie jest łatwo, ale tylko kondycyjnie. Sama musiałam się co chwile zatrzymywać żeby złapać oddech i dać odpocząć moim stopom. Udało mi się jednak dotrzeć na miejsce w jednym kawałku i bez utraty nawet 1 dinara. Mimo wielu okazji aby wydać trochę kaski. Bowiem na całej trasie do Monastyru czekają lokalesi, żeby wepchnąć turystom niby ręcznie robione chusty. Moim zdaniem, to gówno prawda, ale kto chce, niech w to wierzy. Na Monastyr można również zerknąć z góry, więc postanowiłam się dobić i zmęczyć już do końca. Powiem szczerze, że widok Monastyru z dołu podobał mi się bardziej niż z tarasu widokowego. W sumie w żadnym miejscu widok nie był idealny. W oczy koliła mnie plastikowa zabudowa. Oczywiście i w tym miejscu była okazja żeby wydać pieniądze, więc tym razem skorzystałam z niej i napiłam się kawy po turecku. I już wiem skąd ten dziwny posmak! Do kawy dodawana jest szczypta kardamonu :) Tak, wiem, szybko się zorientowałam! 









Po krótkim odpoczynku ruszyłam w dół. Gdy znalazłam się na początku Ad Deir, pozostało mi tylko jakoś znaleźć początek pomarańczowej trasy. Z pomocą przyszła mi apka maps.me, która w Petrze przydała mi się nie raz. Niestety, ale ścieżka oznaczona jest tylko w jedną stronę - od teatru do końca głównego szlaku. Nikt nie pomyślał, że w drugą stronę oznaczenia również mogłyby się przydać ;) Gdy już weszłam na ścieżkę trochę w siebie zwątpiłam, bo nie miałam nikogo w zasięgu wzroku. Już chciałam zawracać, już myślałam że nic z tego nie będzie, że to jednak nie jest dobra droga, aż tu nagle zobaczyłam przede mną jedną osobę. Pełna nadziei szłam wiec dalej. Trasa jest niesamowita i podobała mi się najbardziej ze wszystkich miejsc które widziałam w Petrze. Ścieżka jest dość wyludniona, spokojna, idealna aby uciec od Beduinów i ludzi. Oczywiście później spotkałam trochę turystów, ale ta ilość była do przeżycia. Na drodze oczywiście  było z milion schodów do pokonania. Trasa na mapie była oznaczona znów jako „hard”, ale hardcorowe to były tylko widoki! Spotkałam również wiele kóz. Jedna nawet mnie śledziła, ale ze spokojem szlam dalej. Gdy udało mi się ją zgubić, usłyszałam wrzask Chinki która szła za mną. Myślę, że ona tego spokoju nie zachowała i kózka trochę mogła ją przestraszyć. Tak wiec - relax! Część drogi dzieliłam z pewnym Niemcem, ale nie wiem nawet jak miał na imię, bo nie przedstawiliśmy się sobie. Wiem tyle, że teraz mieszka w Wiedniu. Miał taki sam problem co ja, czyli nie mógł odnaleźć się w trasie która co chwile się rozgałęziała, więc połączyliśmy siły i decydowaliśmy wspólnie która ścieżka wygląda bardziej obiecująco. Niedługo później dotarliśmy do końca pomarańczowej trasy i przy teatrze, już sama, wskoczyłam na główny szlak. 








Przy Visitor Centre byłam chwilę po 17:00 i od razu ruszyłam do domu Ahmada, który około 18:00 miał wrócić z Rosie z Wadi Araba. Wieczorem oczywiście skoczyliśmy do baru, ale tym razem nic specjalnego niestety się nie działo. Udało się nam znaleźć jedynie parę, która kolejnego dnia miałaby wybrać się z nami do Wadi Rum, aby spędzić dzień i noc na pustyni. Większa grupa - większy fun i mniejsze pieniądze! ;) A co jest najlepsze? Para Litwinów podobnie jak ja, również jechała do Ammanu w czwartek. Swoim, wypożyczonym autem, wiec obiecali mnie podrzucić na miejsce! To się nazywa podróżniczy fart :) Tak więc - mimo późnej pobudki, ten dzień okazał się bardzo owocny!

Zobacz też

1 komentarze