Dziennik jordański - dzień 4

11:23

Dziś macie okazję przeczytać czwartą część relacji z mojego wyjazdu do cudownej, pięknej Jordanii. Przez wszystkie dni, starałam się wieczorem napisać co mnie tego dnia spotkało, co widziałam i robiłam. Zapraszam również do przeczytania o tym, co działo się wcześniej :)



Budzik. 4:15, 4:20, 4:30. Nie wstaję. Zerwałam się dopiero o 4:40... Szybko ogarnianie, dopakowywanie rzeczy do plecaka tak, żeby o 5:20 wyjść z domu. Mimo, że hości zapewniali mnie o bliskości (może zacznę pisać wiersze? ;)) przystanku autobusowego, stacja JETT była oddalona od domu dwa kilometry. I to pod górę. Nie było mi łatwo, bo moja kondycja fizyczna nie jest najlepsza. Po pół godziny męczarni dotarłam do kasy biletowej, gdzie mogłam odebrać zarezerwowany wcześniej bilet. Dobrze, że poprzedniego wieczora Hamza zadzwonił do biura JETT, bo gdyby nie jego telefon prawdopodobnie nie miałabym szans na miejsce w autobusie. Podczas drogi początkowo próbowałam czytać, ale po jakichś 10 minutach zasnęłam. I w sumie, to nawet się sobie nie dziwię - cztery godziny snu przy dość intensywnym tygodniu, to nie wystarczająco dla mojego organizmu. Nagle, po niecałych dwóch godzinach drogi autobus zatrzymał się po środku niczego, a kierowca poinformował nas o 20-minutowej przerwie. „Motyw kubański” - pomyślałam. Identyczna sytuacja spotkała mnie i mojego Piotrka na Kubie. Knajpa i sklep z pamiątkami pośrodku pola - to w końcu musi jakoś na siebie zarabiać. Od tego są przecież turyści! Wystarczy ich tam zawieźć... Oczywiście mimo wewnętrznego zniechęcenia, poszłam do knajpki napić się mulistej kawy po turecku. Potem zostało nam już 1,5 godziny jazdy, lecz czas minął mi dość szybko. Na miejscu czekało mnie jednak rozczarowanie. Mimo wielokrotnych zapewnień, o przystankach w Wadi Musa, kierowca pojechał prosto do wejścia do Petry. Dla mnie oznaczało to: a) wzięcie taksówki do miasta, b) wędrowanie w Petrze z plecakiem, bo nie ma na miejscu żadnej przechowali bagażu, c) pójście na piechotę do miasta 2 kilometry pod górę. Stromą górę. Na szczęście spotkałam dziewczynę, która miała ten sam problem, wiec połączyłyśmy siły i razem złapałyśmy taksę do Wadi Musa. Po dotarciu na miejsce bezskutecznie próbowałam skontaktować się z moim hostem... Pisałam, dzwoniłam, inni ludzie, aby mi pomoc również dzwonili... Bezskutecznie. Zaczęłam więc chodzić po knajpkach i pytać czy znają Ahmada jakiegośtam. Serio, już prawie ryczałam... Nagle jeden z ludzi skojarzył nazwisko i zaprowadził mnie do kuzyna osoby, której szukałam - było to jakieś 100 metrów dalej. Kuzyn w końcu dodzwonił się do Ahmada,, który po prostu spał! Mój host poprosił swego kuzyna, żeby przywiózł mnie do jego domu. Niestety nie mógł tego zrobić od razu, bo był w trakcie naprawiania auta, ale mniej więcej po 30 minutach udało nam się ruszyć. Jak się okazało, Ahmad wcale nie mieszka pod podanym mi adresem. Miejsce, które mi wcześniej wskazał, to po prostu adres jego knajpy, a jego dom jest bliżej Petry. Myślę, że sama bym tam nie dotarła. Ludzie w Jordanii są naprawdę bardzo pomocni! Ahmad przywitał mnie herbatą,  a później odwiózł pod wejście do Petry. 

Po opowieściach osób, które Petrę już odwiedziły, bałam się dzikich tłumów turystów. O dziwo wcale aż tak dużo ich nie było... Być może to wina godziny, o której zaczynałam zwiedzanie, bo spacer po ruinach zaczęłam dopiero o 12:00, a może pory roku?  Do 17:00 należało opuścić teren Petry, wiec nie zamierzałam się przemęczać i przejść tylko tyle ile dam radę. Między innymi dlatego kupiłam Jordan Pass z dwudniowym wejściem do skalnego miasta. Na samym wejściu, zgodnie z opowieściami które miałam okazję słyszeć, każdy chciał przekonać mnie do jazdy konnej. Bo przecież jak to - być w Petrze i iść gdzieś na własnych nogach?! Chyba z dziesięciu osobom musiałam powiedzieć „sorry, nie lubię koni”. Gdy już udało się przejść pierwsze, trudne 200 metrów, była chwila spokoju. Ale nie trwała ona długo - bo przecież u każdej napotkanej osoby powinnam kupić magnes, chustę, gliniane naczynie albo kolczyki. Postanowiłam przyjąć postawę „udaje, że ich nie słyszę”, ale nie daje ona wiele. Im bardziej milczałam, tym bardziej napraśni byli... kosmos. W As Siq było w miarę spokojnie. Dopiero, gdy kanion się skończył, czyli przy Skarbcu... to była jazda. Napadło mnie jakiś milion dzieci, mężczyzn z osłami, wielbłądami i magnesami. Magia. Każdy chciał pokazać skrót na widok na Skarbiec i wciskali kit, że to zabronione iść tam samemu, że muszę im zapłacic i wtedy będą moimi przewodnikami. Nie chcieli wpuścić na ścieżkę. Stwierdziłam, ze to pierdole i pójdę normalna droga, czyli szlakiem Al-Khubtha. Zaczyna się on tuż za Amfiteatrem. Fakt - było na około, zmęczyłam się niemiłosiernie i po drodze krzyczałam brzydkie rzeczy, ale dotarłam. Bez płacenia naganiaczom. I mogłam wypić mulistą kawę po turecku z najlepszym widokiem na świecie - jak to mówią. Nie wiedziałam kiedy i jak, ale gdy zeszłam ze szlaku i weszłam na główna ścieżkę, okazało się, ze łażę już tak trzy godziny. Do zamknięcia było zaledwie dwie, wiec postanowiłam po prostu wrócić do wejścia, co zajęło mi ponad godzinę. Poza tym, po łażeniu po schodach o 5:00 rano, miałam już chodzenia serdecznie dość. Postanowiłam podjeść coś, wypić kawę w pobliskiej restauracji i po prostu siedzieć trochę na tyłku. Oraz czekać na Petra by night. 








Po wypiciu czarnej herbaty i kawy po turecku przyszedł czas, aby zbierać się do Petry. Szczerze, to sądziłam, że na taki event liczba biletów jest jakoś ograniczona, ale chyba ile potrzeba, tyle ich idzie. Przez to było lekko ciasnawo. Ciężko mi sobie wyobrazić jak to musi wyglądać w sezonie?! Na szczęście im dalej od wejścia byliśmy, tym grupa rozwlekała się coraz bardziej i ludzie na siebie już nie wpadali. Co mi się podobało najbardziej? Światła. Wzdłuż Siq co kilka metrów stały mini lampiony, co robiło niesamowity klimat. Tak wyglądała cała dwukilometrowa droga do Skarbca. Na miejscu czekali już przewodnicy z gorącą, zbyt słodką herbatą i wskazywali miejsca do siedzenia na matach. Początkowo trochę mi się nudziło, nie powiem... A to dlatego, że w grupie było zbyt wiele ludzi i musieliśmy czekać aż dojdą na miejsce jakieś 20 minut. Muszę wspomnieć, że sama wcale nie byłam na początku pochodu! Gdy wszyscy dotarli do Skarbca, jeden z przewodników zaczął grać na ichniejszym flecie, co nie było dla mnie zbyt przyjemne. Nie wiem czy to kwestia umiejętności, czy raczej nieumiejętności grającego, ale było to strasznie fałszywe. A może tak ma to być? Może jestem zbyt przyzwyczajona do europejskiego brzemienia, do półtonów, żeby ćwierćtony były dla mnie przyjemne? Następnie wystąpił Pan na instrumencie przypominającym lutnię, ale do wydobywania dźwięków był potrzebny smyczek. Podobnie jak z flecikiem - tego też mi się ciężko słuchało. Na dodatek był bonus w postaci śpiewu ;) Na koniec, na dopełnienie, znów usłyszeliśmy flecik, a potem trzeci przewodnik opowiedział co nieco o instrumentach, które usłyszeliśmy i o kawie. Niestety połowy nie zrozumiałam, bo Pan miał hmmm... ciekawy akcent, a jego głos nie był wystarczająco donośny. Na koniec przemówienia Pan poprosił nas o zamknięcie oczu i pomyśleniu o największym marzeniu naszego życia, a potem poprosił o ich otwarcie. Przed nami ukazał się Skarbiec, lecz w innej wersji. Dyskotekowej. Bardzo by mi się podobało, gdyby nie ta mnogość kolorów... Moim zdaniem ciepłe, naturalne światło by wystarczyło. A było zielono, niebiesko, fioletowo, różowo. Czy serio Skarbiec jest aż tak brzydki, że trzeba go dekorować?... Całość, razem z powrotem do wejścia, rzeczywiście zajęła dwie  godziny, ale było to dość naciągane. I nie warte swojej ceny. 






Od razu po Petra by night poszłam do baru Ahmada. Okazało się, że jest to bliżej niż myślałam, bo tylko trochę ponad kilometr. Po 20 minutach byłam na miejscu. Tam poznałam Rosie z Anglii, która nocowała u Ahmeda już poprzedniego wieczora. Zapaliłyśmy shishę, pogadałyśmy, pograłyśmy w domino. W tym czasie Ahmad rozkręcał imprezę, w która wkręcił wszystkich gości baru! Tańczyliśmy wokół stołu jakieś dziwne tańce, potem Ahmad i jego kuzyni zatańczyli dla wszystkich tylko we trójkę. Spędziliśmy cudowny wieczór, ale niestety byłam zbyt zmęczona żeby w ogóle czerpać z niego przyjemność... Do domu dotarliśmy dopiero przed 2:00 w nocy. A pamiętacie, o której tego dnia wstałam? Dla przypomnienia - 4:40 ;) 


Zobacz też

0 komentarze