Dziennik jordański - dzień 3

11:05

Dziś macie okazję przeczytać trzecią część relacji z mojego wyjazdu do cudownej, pięknej Jordanii. Przez wszystkie dni, starałam się wieczorem napisać co mnie tego dnia spotkało, co widziałam i robiłam. Zapraszam również do przeczytania o tym, co działo się wcześniej :)



Dzień rozpoczęłam dość wcześnie - budzik o 7:00 rano... Nieludzka pora, zwłaszcza, że tak jakby jestem na wakacjach. W łydkach czułam te 18 km zrobionych poprzedniego dnia. Amman jest dość górzysty i trzeba się przygotować, chociaż psychicznie, na wchodzenie i schodzenie, wchodzenie, schodzenie... 
Oczywiście nie udało mi się wstać za pierwszym razem, pobudki wygoniły mnie z łóżka dopiero o 7:30. Czemu tak wcześnie? A to dlatego ze na ten dzień miałam zaplanowaną wizytę w Jerash i, jeśli okaże się ze istnieją połączenia z Jerash do Ajlun, zahaczyć jeszcze o to drugie miejsce. Do tego, poprzedniego wieczora odezwała się do mnie koleżanka z Torunia, która wraz z grupą znajomych również była w Jordanii w podobnym terminie co ja. Zaplanowałyśmy więc wspólna kawę w Jerash. Uwielbiam takie spotkania! Im dalej od Polski, tym bardziej cieszę się ze spotkania kogoś znajomego. Na Kubie byłam szczęśliwa, gdy spotkaliśmy w Viñales wcześniej poznanych na naszej trasie Nadine i Richarda. Idziemy sobie ulicą, a tu nagle Nadine - wcześniej widzieliśmy się jakieś 400 km dalej od tego miejsca. Potem, tego samego dnia wieczorem - Richard jedzący obiad. No mega! Ok, nie na temat... Przygotowałam się do wyjścia, wzięłam czapkę oraz rękawiczki, bo było strasznie wietrznie i ruszyłam na poszukiwanie taksówki na Tabarbour. Myślałam, że będzie trochę trudniej i że na pewno ktoś będzie chciał mnie oszukać, ale było przeciwnie. Stereotypy... Taksówkę złapałam w jakąś minutę od wyjścia z domu - wolni taksówkarze trąbią, więc gdy tylko usłyszałam klakson, zamachałam do niego. A on momentalnie podjechał. W prawdziwych taksówkach są taksometry, wiec nie było za bardzo jak oszukiwać - kurs na North bus station wyszedł taniej, niż szacowali moi hości. Po kilkunastu minutach jazdy Pan taksówkarz wysadził mnie pod samym busem do Jerash. Lokalne autobusy nie maja rozkładu jazdy, a odjazd następuje, gdy dany pojazd zapełni się pasażerami. Tak wiec czekałam, czekaliśmy, około pół godziny. Po tym czasie jakiś Pan zebrał od nas po 1 JOD i  ruszyliśmy w drogę do Jerash. Widoki z okna nie zachwycały. I tu nawet nie chodziło o zapadające się budynki, lecz o ilość śmieci. Owszem - w Ammanie również było ich wiele, ale nie do tego stopnia! Czasem spod śmieci ledwo było widać trawę czy ziemię. Przerażające! Jest mi smutno, że większość ludzi na naszej planecie ma w dupie to, co dzieje się z Ziemią. Zabijamy sami siebie... Po 40 minutach jazdy, kierowca wyrzucił nas tuż przed wejściem do stanowiska archeologicznego w Jerash. Podobnie jak w Ammanie, tu również pomógł mi zaoszczędzić kupiony wcześniej Jordan Pass. Zanim jednak weszłam na teren wykopalisk, musiałam przejść przez stoiska z pamiątkami. Każdy oczywiście zaprasza do siebie, mimo, że oferuje dokładnie taki sam asortyment jak kolega na stoisku obok... Oczywiście rozumiem, że każdy chce zarobić, ale to nagabywanie jest na dłuższą metę po prostu męczące. 






Na terenie wykopalisk spędziłam około trzy godziny, w których również spotkałam się z toruńską znajomą i jej współpodróżniczką. Dziewczyny nie miały jednak zbyt wiele czasu, więc nie poszłyśmy na kawę, ale udało mi się dowiedzieć kilku organizacyjnych rzeczy na temat Petry. 







Ogólnie wykopaliska w Jerash są bardzo ciekawe i pewnie można spędzić tam jeszcze trochę czasu, ale zachęcona przez dziewczyny, postanowiłam dostać się do Ajlun. Jest to miejscowość oddalona o niecałe 20 km od Jerash, więc sądziłam, że nie będzie problemu z dotarciem na miejsce. Poszłam do centrum informacji turystycznej i spytałam się siedzącej tam Pani, czy są tu autobusy do Ajlun. Ona z entuzjazmem odpowiedziała, że tak! Bardzo się ucieszyłam, ale okazało się, że muszę iść na stację oddaloną o 2 km... Byłam tak zdeterminowana, że poszłam. Po krótkim spacerze okazało się, że na stacji są pustki, stoją może dwa minibusy, a do Ajlun, ani do Ammanu stąd nie dojadę... Próbowałam się dowiedzieć jakoś od panów taksówkarzy i kierowców jak dostać się do Ajlun, ale oni chyba nie za bardzo mnie rozumieli. No cóż... wróciłam wiec te dwa kilometry, do miejsca, gdzie wyrzucił nas rano kierowca. Tam wsiadłam w minibusa, ale po 40 minutach czekania, nadal nie odjeżdżaliśmy. Nagle, ktoś zaczął coś krzyczeć po arabsku i lokalesi przesiedli się do dużego busa przed nami. Część osób się awanturowała i kierowca oddawał im pieniądze za bilet, ale nie wiedziałam o co chodzi, więc po prostu zmieniłam autobus. I tak po prawie godzinie czekania w końcu udało się ruszyć. Mam taką małą rozkminę - skoro Jordańczycy nie radzą sobie z komunikacją, jak udaje im się ogarnąć kraj?! A może nie ogarniają? ;) W trakcie drogi też nie było kolorowo. Nagle kierowca coś zakrzyczał, zatrzymał się na poboczu i zaczął gmerać w silniku czy czymś tam... Po 20 minutach usterka była naprawiona oraz mój problem co zrobić z resztą dnia, też się rozwiązał. Sam. Przez ten długi powrót do Ammanu i tak już nic sensownego nie udałoby się zrobić. Po wyjściu z autobusu w Tabarbour trzeba było złapać taksówkę. Oczywiście wszędzie było pełno taryfiarzy, więc problemu z tym nie było. Początkowo zamierzałam się zabrać jedną taksówką z jednym Tajlandczykiem, który jechał ze mną autobusem z Jerash. Okazało się jednak, że dwie inne dziewczyny też jadą do Downtown, więc postanowiliśmy się zrzucić i pojechać razem. Taksówkarz kiedy zobaczył naszą czwórkę zawołał 6 dinarów! Normalna cena jest połowę mniejsza. Na dodatek nie chciał wyzerować taksometra, więc wraz z Tajlandczykiem szybko uciekliśmy z taksówki. Po paru sekundach złapaliśmy kolejną, za 3 dinary. Mimo, że u poprzedniego pana wychodziło na jedno - 1,5 JOD na głowę, to uważałam ze to taksówkarz robi, jest po prostu nie fair. Ten pan okazał się mega sympatyczny i polecił nam wiele miejsc. Zainspirował mnie nawet do zrobienia sobie jednej wycieczki - tuż przed odlotem. 



Po kilkunastu minutach wysadził nas przy teatrze rzymskim. Nie miałam niestety drobnych, wiec aby rozliczyć się z nowym znajomym musiałam rozmienić banknot. Poszłam do pierwszego lepszego miejsca z wodą i przy okazji spróbowałam kawy po turecku. No... Smakowała... bagniście ;) Potem stwierdziłam, ze przecież jak już jestem w Downtown, to muszę pójść do najsłynniejszej knajpki na falalel i hummus! Knajpka Hashem wygląda tak sobie. Ale hummus był przepyszny, a porcja dość spora - nie udało mi się zjeść całości. 



Po napełnieniu brzuszka postanowiłam wrócić do domu. Pogoda była tragiczna, wiec nie miałam już ochoty na więcej spacerów. Niestety hości wiedzieli lepiej... Po krótkim odpoczynku zabrali mnie na jordańskie ciacho - kunafah. Nie było przesadnie słodkie, ale to akurat mi pasowało. W środku był ciągnący się ser przypominający mozarellę, a na wierzchu polane było syropem i posypane pistacjami. Bardzo dobre! Na koniec dnia przygotowywałam się już tylko do wyjazdu. O 6:30 był autobus do Petry, którego nie mogłam przegapić. 

Zobacz też

2 komentarze