Dziennik jordański - dzień 2

10:45

Dziś macie okazję przeczytać drugą część relacji z mojego wyjazdu do cudownej, pięknej Jordanii. Przez wszystkie dni, starałam się wieczorem napisać co mnie tego dnia spotkało, co widziałam i robiłam. Zapraszam również do przeczytania o tym, co działo się wcześniej :)





Zmiana czasu spowodowała ze wstałam dopiero przed 9:00. Niby jedna godzina do przodu, ale już jest dziwnie. Po ogarnięciu się, poszłam zmienić miejsce pobytu i ruszyłam do moich couchsurfingowych hostów. Na szczęście do przejścia był tylko kilometr, wiec po kilkunastu minutach byłam na miejscu. Moi hości okazali się niesamowici! Gdy usłyszeli, ze chcę kupić jordańską kartę na neta, dali mi swoją. Kilkadziesiąt złotych do przodu. Powiedzieli ze mogę im ja oddać jak będę wracała do Ammanu, tuż przed wylotem do Polski. Idealnie, prawda? Dość szybko ich opuściłam i ruszyłam do Cytadeli - chyba najważniejszej atrakcji Ammanu. Podobno miało być blisko i szybko od domu, maksymalnie 10 minut na piechotę ale mi droga zajęła jakieś pół godziny. Mimo nawigacji w komórce, błądziłam straszliwie... oczywiście w końcu dotarłam, ale ile się przy tym napociłam! Nie miałam pojęcia ze Amman jest tak górzysty i ze non stop będę musiała się wspinać lub schodzić schodami. Przez mój błąd miałam dużo więcej górek do pokonania ;) Wspominałam ze Jordan Pass umożliwia darmowe wejścia do różnych miejsc - Cytadela jest jednym z nich. Została wzniesiona w VIII wieku i obecnie to taka trochę kupa kamieni ;). Oczywiście warto to miejsce zobaczyć, zwłaszcza że ze wzgórza Cytadeli rozciąga się widok na miasto. Wiem, że nie jest to jakaś niesamowita panorama, ale dla mnie, mimo wszystko widok jest ciekawy. 











Po około godzinie spędzonej na wzgórzu, poszłam do kolejnego miejsca - teatru rzymskiego z II wieku, do którego również mogłam wejść w cenie Jordan Pass. Teatr Był odrestaurowany w poprzednim stuleciu i pewnie dlatego jeszcze w ogóle się trzyma. Choć pewnie nie jest mu lekko z turystami biegającymi w górę i w dół po jego schodach. Mimo, że nie widać, jest w stanie pomieścić aż sześć tysięcy ludzi! Tu będzie małe wtrącenie - kocham swój aparat. Dzięki niemu, a raczej dzięki temu ze ma wifi, jestem w stanie zrobić sobie samej zdjęcie. Zajmuje to trochę czasu, bo a to kadr zły, a to ostrość nie na to, na co powinna być... ale jednak mam zdjęcie z teatrem rzymskim :)






Gdy już się sfotografowałam, ruszyłam do Downtown, a głównie to targu. To miejsce to eksplozja kolorów, zapachów, dźwięków. Można tam kupić wszystko - od przypraw, po warzywa, artykuły gospodarstwa domowego czy dywany :) Owoce są świeżutkie, aż kuszą żeby kupić je wszystkie! Każdy coś krzyczy, zachęca do zakupu. Tłok na targu był niesamowity. Oczywiście nie może równać się z tym w Istambule, ale klimat jest ten sam! 






Ostatnio wspominałam o stylu jazdy w Jordanii... w Ammanie mogłam doświadczyć jak trudno jest być tam pieszym. Gdziekolwiek starałam się przejść przez ulice, bałam się o swoje życie ;) Wymyśliłam jednak na to sposób! Sama nie potrafiłam wryć się przed samochód, więc czekałam na lokalesów, którzy też chcieli przejść. I ten sposób ułatwiałam sobie zadanie. Polecam! Gdy już udało mi się przejść przez wszystkie drogi, trafiłam Rainbow Street. Gdzieś czytałam o hipsterskiej ulicy pełnej młodych ludzi, ale ja widziałam tylko pustkę... być może była to kwestia pory dnia? Może ci młodzi ludzie jeszcze odpoczywali po piątku? A może byli w pracy? Swoją droga, nie mam pojęcia skąd ta nazwa. Rainbow Street nie różniło się specjalnie kolorami od innych ulic które widziałam. Ktoś może coś wie? Wracając jednak do tematu - spacer po tęczowej ulicy poszedł mi bardzo szybko. Mimo wielkiej ochoty na herbatę lub kawę, nie mogłam znaleźć otwartego lokalu godnego uwagi. Postanowiłam więc zwiedzać dalej, bo było już po 15:00, a chciałam się załapać na ostatnie promienie słońca w ostatnim zaplanowanym tego dnia miejscu. Po około 30 minutach dotarłam do meczetu Króla Abdullaha I. Bałam się że o tej porze w weekend meczet będzie już zamknięty dla zwiedzających, ale na szczęście bez problemu udało się wejść. Wejście do meczetu jest oddzielnie dla turystów i dla modlących się. Turyści oczywiście muszą zapłacić - tym razem Jordan Pass nie działa. Jednak zanim należało uiścić opłatę, trzeba było przygotować się do wizyty, czyli przywdziać odpowiedni strój. W meczecie jest przebieralnia, gdzie można wybrać sobie szatę w kolorze czarnym bądź brązowym. Pani, która wszystko mi objaśniała, zaprosiła mnie na herbatę po skończonym zwiedzaniu, ale później już nikt się nie zająknął na ten temat, wiec z herbaty były nici. Po zapłaceniu 2 JOD, mogłam wejść do meczetu. Jest to jedna wielka sala z mięciutkim dywanem. Należy jednak pamiętać o zdjęciu butów przed wejściem! Ja o tym nie wiedziałam i parę dobrych minut dreptałam w kółko w moich Reebokach. Co za wpadka... dopiero kiedy zobaczyłam że wszyscy są w skarpetach, zaczęłam nerwowo rozglądać się za ich butami. Okazało się, ze półki na obuwie znajdują się na zewnątrz. Myślę, że powinni dosadniej ją oznaczyć i dać jakieś znaki o zakazie wchodzenia w butach do sali. No trudno. Jak powiedział mój mąż „skoro Cię nie zabili, to chyba jest dobrze” ;). Po wyjściu z meczetu oczywiście zaczepił mnie Pan taksówkarz. Taki niby small talk: skąd jestem, gdzie idę i czy przypadkiem nie potrzebuję taksówki. No nie, nie potrzebuje. Bo dwa kilometry do przejścia to nie jest koniec świata i mam lepsze pomysły jak wydać moje pieniądze. Swoją droga, na ulicach zaczepiają głównie taksówkarze albo handlarze, którzy chcą coś opchnąć. Czarne wizje Pana strażnika granicznego z Modlina na szczęście się nie ziściły. 









Znów odeszłam od tematu - miałam zamiar wrócić do domu moich hostów, ale postanowiłam pójść jeszcze w jedno miejsce. Gdy szlam z Cytadeli do teatru rzymskiego widziałam sklepik z szeroko pojętą sztuką. Nie wchodziłam, bo nie miałam już przy sobie dinarów, ale obiecałam sobie ze jak będę miała czas - wrócę tam. Miałam nadzieje, że właśnie tam mogę znaleźć jakieś ręcznie wykonane magnesy. Nie było to bardzo daleko od domu, wiec jak postanowiłam tak zrobiłam. Niestety czekało mnie wielkie rozczarowanie... magnesów było jak na lekarstwo, a te które były, to zwykły chiński szajs. Mój spacer nie poszedł jednak na marne. Znalazłam bardzo klimatyczną schodkową uliczkę ze street artem i równie klimatyczną kawiarnię w której zakończyłam zwiedzanie Ammanu - ale nie dzień. 





Po półtorej godziny samotnego odpoczynku w domu, wrócili moi gospodarze wraz ze znajomymi, a następnie wszyscy wyszliśmy na miasto żeby coś przekąsić. Mam wrażenie, ze w Jordanii więcej się jeździ niż chodzi - jeden ze znajomych postanowił ze zawiezie nas na miejsce samochodem. Miałam wrażenie, ze jedziemy strasznie daleko - jak się później okazało, wylądowaliśmy jakieś 500 metrów od domu ;) A dłużąca się przejażdżka była spowodowana przez jednokierunkowe uliczki w Jabal El-Webdeih. I już wiadomo skąd te korki! 

Zobacz też

0 komentarze