Dziennik jordański - dzień 1

10:22

Dziś macie okazję przeczytać pierwszą część relacji z mojego wyjazdu do cudownej, pięknej Jordanii. Przez wszystkie dni, starałam się wieczorem napisać co mnie tego dnia spotkało, co widziałam i robiłam. 




Moja podróż do Jordanii zaczęła się w Toruniu o 9:30 rano. Początkowo planowałam jechać na lotnisko w Modlinie po taniości, autobusem, i nawet udało mi się upolować bezpośredni bilet za 25 ziko! Niestety okazało się, ze nie miałabym jak wrócić tydzień później... lądowanie przed północą, kontrola paszportowa,odbiór bagażu... czyli jakoś o 1 byłabym gotowa na podróż. Niestety w nocy połączeń do Torunia ani z Modlina, ani z Warszawy nie ma. Musiałabym kiblować do jakiejś 5:00 w Warszawie. Anulowałam wiec bilet i postanowiłam jechać autem. Rozwiązanie jakieś cztery razy droższe, ale z wiekiem coraz bardziej cenie wygodę ;). Droga do Modlina była koszmarnie nudna. 180 km dróg krajowych, dużo śniegu, ale na szczęście mały ruch. Już po 2 h 45 minutach byłam na miejscu. Zaparkowałam na parkingu P7, bo jest najtańszy, ale oddalony od lotniska o jakieś 2 km. Na szczęście jak ktoś musi jechać na lotnisko, to jest bus który zawozi pasażerów do terminala. Mimo, że do odlotu miałam 2 h, na lotnisku czas minął błyskawicznie. Oddanie bagażu, kontrola bezpieczeństwa i na koniec kontrola paszportowa. Pan ze straży granicznej, który sprawdzał mi paszport chyba trochę za bardzo wczuwał się w rolę, bo trochę mnie „poprzesłuchiwał”. „Sama jedziesz? Co za odwaga! „I to blondynka! Świetnie!” Czy przypadkiem ten Pan trochę nie przesadzał?... pomijając to, ze walił na TY, to jeszcze miał pretensje o to ze gdzieś jadę. Kolejnym razem będę odpowiadać „nie twój biznes”, a nie grzecznie przytakiwać... Czterogodzinny lot w samolocie Ryanaira był o dziwo wygodny. Obok mnie nikt nie siedział wiec spokojnie mogłam zajmować wygodne pozycje :) Cała podróż była spokojna, a ja głównie byłam zajęta czytaniem najnowszej książki Mroza o Chyłce. Gdyby współpasażerowie też byli tacy spokojni... ale nie. O dziwo, tym razem siarę robili nie Polacy, a Jordańczycy. Kiedy trzeba było zapiać pasy do startu - oni wstawali, bo musieli swojemu kumplowi coś przekazać. Albo włączali komórki. Byli non stop upominani. Takiego nieogarnięcia dawno nie widziałam! Wylądowałam dość późno, bo około 19:30, ale nadal 15 minut przed czasem. Przejście przed kontrolę paszportowa było ekspresowe, bo mimo kolejki czekałam jakieś 10 minut. Na szczęście wcześniej kupiłam Jordan Pass wiec nie musiałam już za nic płacić. Normalnie wiza kosztuje 40 JOD, a ja za Jordan Pass z możliwością odwiedzenia Petry na dwa dni zapłaciłam 75 JOD. Do tego dochodzą również darmowe wejścia do różnych atrakcji, wiec polecam to wyjście każdemu kto wybiera się do Petry nawet na 1 dzień. Po wyjściu z lotniska wymieniłam trochę gotówki, wsiadłam w autobus do miasta i dojechałam do stacji Tabarbour, skąd musiałam wziąć taksówkę do hotelu gdzie spędziłam pierwsza noc. Tego samego wieczora udało mi się ogarnąć hosta na couchsurfingu, wiec nie musiałam już więcej płacić w Ammanie za nocleg. Oprócz widoków z autobusu nic w Ammanie nie widziałam. Mogę tylko powiedzieć, ze Jordańczycy jeżdżą jak wariaci i w Jordanii coś takiego jak kodeks drogowy nie istnieje. I po co komu pasy na drogach?!

Zobacz też

0 komentarze