#3 Hawana - co widzieliśmy i dlaczego tak trudno ją pokochać?

17:57

4-7.07.2018 Hawana, Kuba




Pierwsze co poczułam, jak wylądowaliśmy na hawańskim lotnisku imienia José Martí, to ściana. Serio, odbiłam się od powietrza jakby to była ściana. Po kilkunastu godzinach spędzonych w klimatyzacji, miałam wrażenie, że nie mogę oddychać.

Moje drugie wspomnienie, gdy już dojechaliśmy taksówką na Calle Amistad, to przerażenie. Co my tu k***a robimy?! Było już ciemno. Dużo ludzi na ulicy. Ale też przed swoimi domami - rozmawiają, śmieją się. Psy biegają. Wszędzie ciemno, trochę śmierdzi. Obdrapane budynki...

Kolejna migawka, to gdy wstaliśmy rano i zobaczyliśmy tą samą ulicę za dnia. Nagle nie wydawała się taka straszna! Ludzi było tyle samo, śmierdziało tak samo. Było tylko trochę bardziej gorąco.

Dalej to taksówki - wszędzie taksówkarze i taksówki. Ruskie Łady, ale też Chevrolety i inne amerykańskie klasyki. Z nowymi silnikami jak się okazuje. Trudno znieść kubańskich taksówkarzy. Są strasznie natrętni. Uważają chyba, że turyści nie potrafią chodzić. 

Potem szukanie neta. I kupowanie internetowych kart od czarnoskórego Kubańczyka. Byliśmy szczęśliwi, że w końcu udało się dać znać rodzicom, że żyjemy! I w końcu można sprawdzić fejsa! Jak okazało się już niedługo - bez sprawdzania fejsa i insta co godzinę DA SIĘ ŻYĆ! Serio, świat się nie zawalił. 

Potem poszukiwanie wody... Gdy wybraliśmy się na masakryczni długi spacer, wypiliśmy wszystko co mieliśmy i prawie umieraliśmy z pragnienia. A wokół jak na złość żadnego sklepu! 

I ten pierwszy szok przy wypiciu pierwszego mojito - ej! Widziałeś ile dają rumu?!

No i powrót na ostatnią noc. Szok, że jest tyle ludzi. Że tak śmierdzi. Że... na wsi jest fajniej! Ale też, że w nocy bywa spokojnie, jest mniejszy tłok, a niektóre uliczki przypominają te w Barcelonie. Ten szok, że w Hawanie też czasem bywa przyjemnie :).

Tak właśnie kojarzy mi się Hawana. Jest dziwna i ciężko mi ją lubić. Być może ktoś ma innego odczucia - wtedy chętnie wysłucham i nawet zmienię zdanie! Jednak porównując Hawanę do innych miejsc w których byliśmy - jej obraz rysuje się jako prawdziwy koszmar. Przez duże K. Jest zatłoczona, brudna, na każdym kroku ktoś próbuje Cię na coś naciągnąć lub po prostu oszukać. Żeby nie było - w pozostałych miejscach jestem zakochana! Prosta ze mnie dziewczyna - wielkie miasta mnie nie kręcą ;)



Dzień pierwszy w Hawanie zaczęliśmy od pójścia do pobliskiego Parque Central, który otoczony jest przez wiele hoteli oraz Teatr Wielki. Tam zdecydowaliśmy się zakupić jakąkolwiek mapę miasta, bo oczywiście nie wiedzieliśmy gdzie iść oraz co zobaczyć. Tam można również złapać stylową taksówkę!




Tuż obok parku majaczył nam już El Capitolio - niestety w remoncie. Kiedyś, przed Rewolucją w  1959, była to siedziba kubańskiego rządu. Dziś mieści się w nim Kubańska Akademia Nauk. Łudząco przypomina Biały Dom... Ale podobno nie jest to kopia (swoją drogą podejrzewam, że nawet gdyby to była kopia, nikt by się teraz do tego nie przyznał ;)).



My jednak zdecydowaliśmy się iść nie w stronę El Capitolio, a Castillo de San Salvador de la Punta, skąd rozpościera się niesamowity widok na Malecón. Po drodze mijamy Museo de la Revolución, a przed nim - obowiązkowo czołg. Mam teorię, że każde szanujące się komunistyczne, szanujące się miasto, musi mieć czołg na ulicy. No musi! Na razie teoria się sprawdza. W muzeum nie byliśmy, ale jak wskazuje nazwa, w większości można obejrzeć tam wystawy dotyczące Rewolucji Kubańskiej. 






Potem skierowaliśmy się wgłąb dzielnicy La Habana Vieja. Stara część Hawany jest niesamowicie urokliwa, ale niestety równie zaniedbana. Wszędzie walają się śmieci, a im w węższa uliczka, tym jest ich więcej. Oczywiście, są miejsca odpicowane jak wspomniany już El Capitolio czy Parque Central, ale są to wyjątki. Zazwyczaj trzeba mocno patrzeć pod nogi, żeby w coś nie wdepnąć. To zaniedbanie mnie z jednej strony szokuje - Stara Hawana została wpisana na listę UNESCO w 1982 roku; a z drugiej wcale nie dziwię się, że Kubańczycy mają, lekko rzecz ujmując w nosie, jak te ich domki wyglądają. Mają większe zmartwienia niż odpadająca elewacja z budynku w stylu kolonialnym... Na przykład pieniądze. A w sumie ich brak.




Jeśli mam czas, lubię po prostu chodzić po mieście, nie używać za bardzo mapy, trochę pobłądzić. Tak właśnie wykorzystaliśmy czas w Starej Hawanie. Nie żałuję, że nie chodziłam z przewodnikiem, czy wytyczonymi na mapie ścieżkami, bo trafiliśmy w wiele pięknych miejsc i dzięki temu również lepiej orientowaliśmy się w przestrzeni.  
Jednak są minusy takiego rozwiązania - miejscem, do którego nie trafiliśmy dnia pierwszego, a ostatniego (już pod koniec naszej podróży) jest Plaza de la Catedral. Naprawdę, nie wiem jakim cudem go ominęliśmy, ale świetnie nam się to udało. Tuż obok można znaleźć knajpę, do której chodził Hemingway, ale nie wstąpiliśmy do niej, bo nie było gdzie szpilki wcisnąć. Nazywa się La Bodeguita del Medio. Na zdjęciu mainstreamowa knajpa tuż przy katedrze ;)




Castillo de la Real Fuerza - najstarsza twierdza w Hawanie i pobliski Plaza de Armas. Niestety, kiedy tam byliśmy Kubańczycy nie targowali starociami, być może trafiliśmy na zły dzień ;). Na skwerze krążyło jednak kilka Kubanek ubranych w niby tradycyjne kolorowe stroje i wyposażone w kosze z plastikowymi owocami. Oczywiście można było im zapłacić jakieś peso czy dwa i zrobić sobie z nimi zdjęcia.





Niedaleko znajduje się kolejny plac - Plaza de San Francisco de Asís, z Bazyliką o tej samej nazwie. Zabudowania pochodzą z XVI w. Plac jest dużo większy i bardziej przestronny niż wszystkie inne, więc było mało przytulnie. Jednak właśnie w tym miejscu udało nam się kupić "kubańskie chrusty" od Pani na ulicy. Smakowały jak nasze polskie, tylko trochę inaczej wyglądały. Pani Kubanka dobrze trafiła, bo akurat miałam straszną ochotę na słodkie...



Właśnie się zorientowałam, że trochę niechcący chodziliśmy od placyku do placyku. Następny był Plaza Vieja - plac otwarty w 1559 roku. Początkowo nosił nazwę zupełnie inną, bo Plaza Nueva (wcześniej plac był nowy, teraz jest stary ;)). Był cichym świadkiem wszystkiego, co się działo w jego granicach - walk byków, egzekucji oraz wszelkiego rodzaju świąt i imprez. 




Na koniec trafiliśmy na Plaza del Cristo, gdzie udało nam się dorwać internet. Tak - wiadomość dnia! Jeśli ktoś nie czytał drugiej części kubańskich wpisów, być może nie wie, czemu o tym mówię. W takim razie - nadrabiamy! Kuba - informacje praktyczne.  Na tym uroczym miejscu zakończyliśmy nasz pierwszy spacer w pierwszym dniu na Kubie. (Nawiasem mówiąc, potem poszliśmy wypić mojito, ale kogo by to interesowało? 😸).




Dzień drugi postanowiliśmy spędzić w nowszej części Hawany. Zaczęliśmy od spaceru w kierunku Barrio Chino, czyli kubańskiego China Town. Chin to tam ze świecą szukać, ale za to nielegalnych sprzedawców cygar jest na pęczki (i tu znów zapraszam do poprzedniego wpisu). 





Spacer był przydługi, nic ciekawego po drodze nie było, a tu nagle jak z nieba spada nam Quinta de los Molinos. W skrócie powiedziałabym, że to park botaniczny. Oprowadzał nas po nim przesympatyczny Kubańczyk. W sumie można tam zobaczyć podobne rośliny do naszych, polskich. Kojarzycie fikus benjamina? Macie w domu? Bo ja tak. Nawet dwie sztuki (jedną z nich mój ukochany kot Franuś prawie zgładził, ale udało się ją utrzymać przy życiu). No więc... Tam, taki benjaminek żyje sobie na wolności. I jest wysokości naszych starych dębów. Podobnie było z innymi roślinami. Ktoś mi powiedział, że pewnie gdzieś na świecie jest takie miejsce, gdzie sosenki hoduje się w doniczkach i trzyma w domu. Wtedy byśmy tam pojechali i stwierdzili jakie to słodkie! Wracając do samego ogrodu - na jego terenie znajduje się kilka domów prywatnych oraz ośrodek terapii zajęciowej. Mieszkać w takim raju - to musi być niesamowite!





Stamtąd był już rzut beretem do właściwego celu - Plaza de la Revolución. Serio, zdjęcia nie oddają ogromu tego miejsca. Według wikipedii, plac ma 72000 m² - jest jednym z największych na świecie! Na placu można znaleźć monument na cześć José Martí, kubańskiego poety, myśliciela, rewolucjonisty i oczywiście bohatera narodowego - ten przybytek najbardziej zwraca swoją uwagę. Poza tym na przeciwko monumentu znajdują się ważne ministerialne budynki, a na nich twarze: Che Guevary i Camilo Cienfuegos.





Po drodze na promenadę Malecón, zahaczyliśmy jeszcze o Universidad de la Habana. Został założony już w 1728 roku, jako jeden z pierwszych w obu Amerykach! Obecnie można tam studiować na 25 kierunkach. Jestem bardzo ciekawa jak wyglądają studia na Kubie, ale nie spotkaliśmy nikogo, od kogo moglibyśmy się tego dowiedzieć. Jeśli wiecie - koniecznie dajcie znać!




A na koniec...Spacer wzdłuż Malecón. (Oczywiście później było mojito, ale kto by o tym pamiętał ;)).





Ok, już skończyłam. I koniec końców muszę stwierdzić, że już ochłonęłam i wcale nie nie cierpię tak bardzo tego miejsca. Fakt, jest ciężkie. Trudne. Ale jadąc do takiego miasta, czy w ogóle kraju - należy się chyba uzbroić w cierpliwość i dużo dobrego humoru oraz dystansu. 


Byliście w Hawanie? Jak Wam się podobało? Czy też Was tak zmęczyła, jak mnie? :) Dajcie znać w komentarzach!






Zobacz też

0 komentarze