#1 Kuba w dwa tygodnie

18:32

Kuba, 4-18.07.2018



Powiem Wam tyle. Gdy kupowałam bilet, myślałam: 14 dni to kupa czasu! Już na etapie planowania naszego pobytu na wyspie zrozumiałam jak bardzo się pomyliłam... 14 dni. Niby dużo. Przecież to dwa tygodnie w jednym miejscu. No kurde, ale to Kuba! Tam wszystko jest inne. Wszystkiego chce się smakować bardziej, dłużej, spokojniej. To nie kraj na szybkie zaliczanie miejsc z przewodników. To nie miejsce, gdzie mamy zabytki do odhaczenia - kościół, placyk i jedziemy dalej! Właśnie dlatego 14 dni to tak mało. Zwłaszcza, że nie ma szybkiego sposobu na przetransportowanie się na drugi koniec kraju. (Okej, są samoloty, ale lot na Kubę był wystarczająco długi ;)). Przy 14 dniach nie ma co liczyć, że w ogóle się tam dotrze. Tak więc trzeba było wybierać. Jedno miejsce kosztem drugiego, wydłużony pobyt w pewnym mieście, aby w innym w ogóle się nie pojawić. Ciężkie to wybory... Jednak po przeczytaniu wieeelu stron tematycznych oraz blogów udało nam się zrobić szkic pierwszej podróży poślubnej (to nie tak, że będziemy drugi raz brać ślub. Podróże były po prostu dwie!).  Szkic, bo na miejscu koniec końców trochę improwizowaliśmy. Chyba nam rum uderzył do głowy!

Ale do rzeczy! (A do rumu wrócę w swoim czasie ;)). Myślę, że każdy kto planuje wyjazd na własną rękę ma ten sam problem. Co zobaczyć? W dzisiejszym wpisie zaprezentuję Wam zarys naszego wyjazdu. Przy okazji zobaczycie czego można spodziewać się w kolejnych tygodniach. Przy okazji chcę zaanonsować, że niniejszym wracam do regularnego spowiadania się z podróżowania co środę. Od ostatniego wpisu trochę się działo i stąd półroczna luka. Obiecuję poprawę i zapowiadam moc wrażeń!


DZIEŃ 1 - przyjazd


Wylądowaliśmy w Hawanie około 20:00 czasu lokalnego. W Polsce godzina zupełnie inna, więc padaliśmy z nóg. Jak najszybciej pokonaliśmy wszelkie formalności i wymieniliśmy kasę w kantorze. Wzięliśmy taksę i pojechaliśmy do wcześniej zabukowanej casa particular w centrum miasta. Zanim dotarliśmy była już nasza polska 4:00 (czyli kubańska 22:00), więc poszliśmy po prostu spać. Jedyne co zobaczyliśmy tego dnia, to brud i syf. Taką typową ulicę Hawany, jak się później okaże.

DZIEŃ 2 i 3 - Hawana


Zrobiliśmy wtedy duuużo kilometrów na piechotę. Muzea widzieliśmy tylko z zewnątrz, ale w sumie nie było nam ich do nich tęskno. Były pięknie odnowione budynki, ale też te brudne, śmierdzące ulice z rozkładającym się jedzeniem po kątach. Było też mnóstwo kubańczyków (jak to na Kubie, he he), którzy chcieli wcisnąć i sprzedać każdemu turyście co tylko miał pod ręką. Jazda konno? Taxi? Cygara? Prywatny koncert na ulicy zespołu Buena Vista Social Club? Proszę bardzo! Oni wszystko Ci załatwią, nie ma z niczym problemu. Gorzej, gdy chcesz kupić mleko. Wtedy - no sale!


DZIEŃ 4 - Cienfuegos


Małe miasteczko. W sumie możnaby je ominąć, nie mieć pojęcia, że istnieje. Świat się nie zawali! Jednak coś nas tam przyciągnęło. Taak... Powoli zaczynam wierzyć w jakieś wyższe coś. Karma? Nie wiem. Ale faktem jest, że to właśnie w Cienfuegos usłyszeliśmy najlepszy band na Kubie ever! Wiadomo, nie słyszeliśmy wszystkich. Ale wiemy, że oni serio byli świetni. Do dziś żałujemy, że ich płytki nie kupiliśmy...



DZIEŃ 5-8 Trinidad i okolice


Najdalej wysunięte na zachód miejsce na Kubie do którego dotarliśmy. Zakochaliśmy się. Sam Trinidad też jest świetny - kameralne, klimatyczne miasto (nie jak Hawana ;)). Oprócz samego miasta, które można zobaczyć w jeden dzień, jest mnóstwo miejsc wokół do których trzeba pojechać. Po prostu trzeba. W Trinidadzie mieliśmy szczęście do ludzi. Ale o tym później :)



DZIEŃ 9 - Playa Girón


Ten opuszczony kurort na pewno już teraz nie znalazłby się w moich planach na Kubę. Nie wiem z jakiego powodu wszyscy w internecie go tak polecają, ale ja nie mam żadnych sentymentów do tego miejsca. Piotruś bardzo chciał nad morze (żeby nie było! Całe trzy dni leżeliśmy plackiem na plaży), a myślałam, że jak miejsce ma w nazwie playa, to będzie fajna plaża?... 


DZIEŃ 10-13 - Viñales i okolice


Kolejne miejsca, które chwyciły nas za serca. Viñales, to raczej taka wioska... Jak nasze Zakopane? Tylko, że tam było więcej kur i kogutów biegających po ulicy. Jest wiele, wiele do zobaczenia wokół. Czyli tak jak naszym w Zakopanem :). Ten region jest jednym z najważniejszych na świecie w produkcji cygar i co najważniejsze - jest wpisany na listę UNESCO. Robi wrażenie? Na mnie tak. I...od Viñales już tylko rzut beretem od rajskiej wyspy z rajską plażą.



DZIEŃ 14 - Hawana jeszcze raz oraz powrót 


Powrót do Hawany okazał się dramatem. Nie sądziłam, że tak źle to przeżyję... Po sielskich 10 dniach to miasto wydało mi się jeszcze bardziej okropne niż tuż po przylocie. Wszystko śmierdziało, obrzydzało, denerwowało bardziej. Z ulgą wsiadłam do samolotu. Teraz żałuję, że nie pojechaliśmy na lotnisko bezpośrednio z Viñales, ale była obawa, że możemy nie zdążyć na samolot ;). Z komunikacją międzymiastową różnie bywa.




Jak widać, nie odwiedziliśmy miliona miejsc. Ale przeżyliśmy milion pięknych momentów, które zostaną z nami na długo. I niedługo będę się nimi z Wami dzielić ♥️

Za tydzień garść informacji o tym, jak samodzielnie zorganizować własnego, samodzielnego kubańskiego tripa i dlaczego nie zdecydowałam się kupić wycieczki w biurze podróży. 

Czy Kuba jest w Waszych podróżniczych planach? A może już zrealizowaliście to marzenie?




Zobacz też

0 komentarze