Obwód Kaliningradzki - zwiedzanie

17:05

14-18.08.2017 Obwód kaliningradzki

W zeszłym roku trochę zaszalałam ze ścianą wschodnią. Byłam w Mołdawii, na Ukrainie, Białorusi i w Rosji w sumie też... Obwód Kaliningradzki jest rosyjską wyspą na morzu państw europejskich i nijak się ma do Rosji - Rosji. Wszak z Kaliningradu bliżej jest do Berlina niż do Moskwy. Widać żal za utraconym bezpowrotnie pruskim klimatem miasta oraz dumę z Kanta, filozofa urodzonego właśnie w Królewcu. W kilku słowach, Obwód kaliningradzki to dla mnie szczypta absurdu, piękna natura, trochę ciekawostek historycznych i dłuuugie spacery.




Kaliningrad

Kaliningrad ≠ Obwód kaliningradzki. Pamiętajcie! Ja dopóki nie postawiłam nogi w Obwodzie, nie czułam różnicy... Teraz już wiem.
Myślę, że na zobaczenie najfajniejszych miejsc wystarcza jeden dzień, wystarczy dobrze rozplanować spacer. Wiadomo - jeśli uważa się, że wszystko jest najfajniejsze i chce się obejść wszystkie bramy czy forty w mieście (a jest ich pod dostatkiem!) to i tydzień nie wystarczy. No ale bez jaj... 

Kaliningrad, kiedyś Königsberg (po polsku Królewiec) to miasto pruskie. Może i byłoby to bardziej oczywiste gdyby nie to, ze z tych pruskich czasów ostało się kilka budyneczków. Pod koniec II Wojny Światowej, gdy Kaliningrad był zdobywany przez Armię Czerwoną, całe miasto ucierpiało. Lecz "nowy porządek" zamiast odbudowywać zabytkowe Stare Miasto, powoli, systematycznie je dewastował. W miejsce starych kamienic powstawały nowe blokowiska, a Zamku Krzyżackiego - nigdy nie ukończony, wyjątkowo szpetny, Dom Sowietów. W 2005 roku rozpoczęto forsować plany odbudowy miasta. Co ciekawe padł również pomysł, aby Dom Sowietów zburzyć, a na jego miejsce postawić... Zamek Krzyżacki. Serio?! 

Swój spacer w Kaliningradzie rozpoczęliśmy od Parku Juność, w którym mieliśmy jasny cel - rowery wodne, czy jak wolicie katamarany. Poza tym oczywiście pochodziliśmy po parku, zobaczyliśmy domek do góry nogami, posiedzieliśmy, nic nie porobiliśmy. No wiecie, jak to na wakacjach w Kaliningradzie. W tle leciała z głośników dziwna muzyczka - takie wokalizy, a dzieci zaciągały rodziców na różne karuzele - bowiem Park Juność to nie jest zwykły park, a stacjonarne wesołe miasteczko. Osobiście uwielbiam ten skrawek komunistycznej myśli. Przestrzeń wspólna, dużo zieleni, oaza wśród betonowej pustyni.

rowery wodne


rowery wodne



Gdy już popedałowaliśmy, poszliśmy wzdłuż drugiego stawu, Dolnego, w kierunku Wyspy Kanta. Droga prowadzi od Kaskad na Stawie Zamkowym (Каскады Замкового пруда). Myślę, że przypadek sprawił iż wybraliśmy całkiem przyjemną trasę - wśród zieleni, nad wodą. Być może niektórym mógłby nie spodobać się klimat panujący nad stawem. Mi jednak bardzo odpowiadał, bo uwielbiam takie industrialne, czasem zaniedbane budynki.






Tak szliśmy, szliśmy, aż doszliśmy do szkarady - Domu Sowietów. Wtedy nic o tym budynku nie wiedzieliśmy, ale Piotrek dzielnie robił zdjęcia, bo "to na pewno coś ważnego". Jak się później okazało, miał rację.


Jednak nie Dom Sowietów był naszym celem, a jak wspominałam wcześniej, Knipawa. Jedynym budynkiem jest Katedra św. Wojciecha i Najświętszej Marii Panny. Reszta to drzewa i socrealistyczne rzeźby. Bardzo szkoda, bo z tego co widać na starych zdjęciach Kaliningradu, które są porozstawiane dosłownie wszędzie, musiało być tam pięknie... Niestety po Wojnie rozsądek przegrał z linią Partii i z zabytkowego Königsberga nie zostało prawie nic.



Kawałek dalej, tuż za Miedownyj Mostem znajduje się wioska rybacka, a raczej wiele knajpek.

Jeśli ktoś już czytał poprzednie wpisy "ze wschodu" wie, że wizyta w kraju za wschodnią miedzą jest niepełna bez zobaczenia rzeźby towarzysza Lenina. Oczywiście w Kaliningradzie również można odnaleźć kawałek takiej sztuki. Kiedyś Lenin zajmował zaszczytne miejsce na Placu Pobiedy (czyli zwycięstwa), ale po przemianach trafił na sam koniec ulicy własnego imienia. Pomnik można znaleźć po wklepaniu następującego adresu: Leninskiy Prospekt 151.

posąg Lenina


Muzeum Oceanu Światowego to kolejne must see w Kaliningradzie. Nie wchodziliśmy do samego budynku, ale to co najciekawsze jest przed wejściem. I to za darmo! Przypadek sprawił, że w ogóle tam trafiliśmy - gdy wjeżdżaliśmy do miasta pierwszego dnia, Piotrek zobaczył jakieś łodzie, samoloty... "No okej, w końcu to Rosja" pomyślałam, ale gdy spytaliśmy naszej hostki co to takiego było, kazała nam koniecznie do tego miejsca pójść. Nie byliśmy zawiedzeni. Można pooglądać z bliska miny, pociski, mini łódź podwodną, statki, samolot.





Tu znów powrócę do poprzednich wpisów - miasto bez czołgu, to słaba podróbka miasta... W Kaliningradzie też się jeden schował. Między bloczkami, niepozornie sobie siedzi, a na nim siedzą gołębie... :) Aby go znaleźć, kierujcie się na ulicę Sommera.

czołg


Na koniec Plac Pobiedy. Poza soborem Chrystusa Zbawiciela, można tam znaleźć wiele komunistycznych budynków oraz Kolumnę na cześć zwycięstwa Wojny w 1945 roku. Oczywiście na płaskorzeźbach nie zabrakło informacji o tym kiedy tak naprawdę ta Wojna się zaczęła, czyli w 1941 roku.





W Kaliningradzie jest wiele innych miejsc do zobaczenia, ale jeśli ma się ograniczony czas, myślę, że punkty w których byłam wystarczą, aby choć troszkę wczuć się w klimat miasta.


Mierzeja Kurońska

Miejsce - ewenement. Podczas odkrywania kolejnych atrakcji mierzei moje nastroje zmieniały się jak w kalejdoskopie. Momentami chciało mi się śmiać, innym razem myślałam, że umrę... Ale od początku.
Za wstęp na teren Parku Narodowego należy zapłacić - 150 rubli za bilet, w tym również za auto. Byliśmy do tej wyprawy bardzo nieprzygotowani, ale na szczęście przy zakupie wejściówek, dostaliśmy mapki, foldery, co i jak. Oczywiście po rosyjsku... Po otwarciu informatora nic nie zrozumieliśmy, a o co chodzi doszło do nas dopiero mniej więcej w połowie mierzei. Otóż... droga liczy niemal 50 kilometrów i jest na niej siedem postojów ze ścieżkami dydaktycznymi - są bardzo dobrze oznaczone. Pierwszy punkt trasy nas zdezorientował, ponieważ Pani pilnująca atrakcję nie chciała nas wpuścić - z tego co zrozumieliśmy to czekała aż zbierze się większa grupa czy coś. Ale ludzi było mało i nie chciało nam się czekać godziny aż ktoś przyjedzie. Ok, jedziemy dalej. Atrakcja druga i trzecia również nie wypaliły, ale czwarta... Cóż to była za atrakcja! Staw, łabędzie. Myślę, że chyba nie trafiliśmy to TEJ atrakcji, bo poszliśmy zupełnie w drugą stronę niż trzeba, ale trudno. Przynajmniej coś zobaczyliśmy.

Tańczący las to przystanek numer pięć. W skrócie - powyginane drzewa. Jak na mój gust, to jest tak jak z kwadratowym arbuzem. Wyrośnie tak, jakie ma warunki. Naukowcy tłumaczą to wiatrem, temperaturą, wilgotnością powietrza czy nawet energią z wnętrza Ziemi. Jak jest? Nie wiadomo.



Główną atrakcją Mierzei Kurońskiej jest wydma Efa, do której prowadzi ścieżka numer sześć. Wydma jest wysoka na 64 metry, idzie się do niej całkiem przyjemnie, bo przez sosnowy las. Niestety patriotycznie powiem, że wydmy w Łebie bardziej mi się podobają. Chodzi tu raczej o finał długiego spaceru niż o widoki - w Sowińskim Parku Narodowym, nagrodą jest morze. W Obwodzie kaliningradzkim na wodę i wydmy można tylko popatrzeć :)





Teraz moment w którym myślałam, że umrę - ścieżka dydaktyczna numer siedem prowadząca do Jeziora Łabędziego. Podobno trasa liczy 3 kilometry, ale idąc po piasku, w pełnym słońcu miałam wrażenie, że było to z 10 kilometrów. Niestety wspomniana atrakcja to malutkie jeziorko, którego prawie nie widać z tarasu widokowego. A łabędzi tam chyba nie było...




Plażing

Korzystając z okazji, że w minione wakacje nawet palca od stopy w polskim, pięknym Bałtyku nie zamoczyliśmy, postanowiliśmy to sobie odbić i odwiedzić najlepszy kurort w Obwodzie kaliningradzkim. Wszyscy jak jeden mąż polecali nam Swietłogorsk (a co jeśli to był spisek Putina?!).
Miasteczko śliczne, z pewnością warto pospacerować, jeśli pogoda dopisuje. Jeśli chodzi o plaże, to są piaszczyste, ale niestety bardzo wąskie, więc przy ładnej pogodzie (wtedy jeszcze była :)) ciężko o fajne miejsce. Co mi się podobało - nie było parawanów. Czyli da się opalać nad Bałtykiem bez ogradzania się? No pewnie! :)
Jednak główną atrakcją Swietłogorska jest nie plaża, nie promenada, a kolejka linowa! Dzięki niej, można bez przyspieszonego tętna dostać się z plaży do miasteczka. Bowiem różnice wysokości są spore! Oczywiście również skorzystaliśmy z kolejki - zjeżdżając nawet mieliśmy z tego ubaw, bo wagoniki poruszały się prędkością żółwia. A skoro już kupiliśmy bilet w dwie strony, to co - mielibyśmy nie wjechać, przecież już zapłaciliśmy?! Na wejście do dwuosobowej kabinki w kierunku miasta czekaliśmy ponad 20 minut. Chyba lepiej skorzystać ze swoich niezawodnych nóg!







Na koniec bonus w postaci jednego z najważniejszych posągów w całym Obwodzie kaliningradzkim. Tak - to są szproty w puszce!



Chcesz pojechać do Obwodu i nie wiesz jak się do tego zabrać? Koniecznie przeczytaj poprzedni wpis! :)

Zobacz też

6 komentarze

  1. Ja to zawsze odnoszę wrażenie, że z tej Holandii mam wszędzie daleko. :( W tym roku planuję wyjazd na tydzień do Norwegii i już widzę te miliony monet lecące w próżnie, którym mogę pomachać na pożegnanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojj, Norwegia super, ale jednocześnie współczuję :D

      Usuń
  2. Super zdjęcia i mega ciekawa wyprawa :)

    www.sylviavoyages.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Większość kojarzy Kaliningrad z "małym ruchem granicznym" i przyjezdnymi na zakupy a tu proszę - znalazłaś perełki. Jak będziesz miała szansę sprawdź pozostałe obwody - Rosja jest mega ciekawym krajem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam w Moskwie i Petersburgu, ale tak duże miasta zazwyczaj nie mają nic wspólnego z prawdziwym charakterem i klimatem kraju ;). Może kiedyś uda mi się pojechać na jakąś fajną objazdówkę!

      Usuń
  4. To wszystko wygląda trochę strasznie, trochę intrygująco, ale z całą pewnością czas się tam zatrzymał. Niespecjalnie kręciły mnie tamte rejony, ale kilka miejsc mnie zaitrygowało.

    OdpowiedzUsuń