Lizbona - mój portugalski początek wakacji

20:16

Lizbona, 28.06-2.07.2017

W Lizbonie spędziłam cztery piękne dni i było mi mało! Mogłabym w nieskończoność spacerować i gubić się w uliczkach, odkrywać nowe piękne miejsca lub czytać książkę nad Tagiem. Jeśli ktoś waha się czy tam jechać, to proszę od razu kupić bilet i czym prędzej tam się pojawić! :) Z góry przepraszam za długość wpisu!


Dzień 1: Baixa i Alfama

Pierwszego dnia chciałam zobaczyć jak najwięcej z najbliżej okolicy. Okazało się, że mimo iż hostel był w centrum, do dzielnic, które mnie interesowały czekał mnie niekrótki spacer.

Na początek (chcąc nie chcąc) Avenida de Libertade - ulica pełna drogich sklepów z ubraniami od projektantów. Trochę takie Champs-Élysées. Spacer jest przyjemny, szukam schronienia wśród drzew, których jest wiele. Praca Dom Pedro IV  kończy wędrówkę między butikami Chanel i Prady. Plac jest hołdem dla króla Pedro IV, którego pomnik stoi w jego centralnym punkcie.




Dalej już prosta droga do Praca do Comercio. Ale najpierw ciekawy twór - Elevador de Santa Justa. Kolejka do windy ciągnie się niemiłosiernie, więc od razu rezygnuję z możliwości wjechania na górę. W końcu mam jeszcze kilka tarasów widokowych w planach. Za darmo ;).



Wracam na główną ulicę, Rua Augusta. Pełno tu knajpek, kelnerzy w bardzo natarczywy sposób zapraszają do stolika. Sorry, nie chcę pić kawy, nie jestem głodna. Nic na nich nie działało ;). Stąd już kilka kroków do Arco da Rua Augusta, który pięknie wygląda od strony deptaka i do głównego celu, czyli Praca do Comercio. 




Tu postanawiam chwilę odsapnąć, więc zabrałam się do czytania. Tuż nad brzegiem Tagu - miejsce bardzo się do tego nadaje :).




Gdy już nacieszyłam się książką obrałam kierunek na Alfamę. Ta lizbońska dzielnica podobała mi się chyba najbardziej. Krążyłam uliczkami i mogłabym tak chyba bez końca - gubić się i znajdować :).


Na pierwszy ogień Katedra Se. Nie przepadam za zwiedzaniem kościołów, bo szczerze się nie znam na tej sztuce i prawie każdy kościół w środku wygląda dla mnie niemal identycznie. Skorzystałam jednak z darmowego wstępu i obejrzałam piękne witraże oraz trochę się ochłodziłam ;).




Miradouro de Santa Lucia był pierwszym tarasem, który miałam okazję odwiedzić. Niestety tak naprawdę nic nie zobaczyłam, bo był hmm... w remoncie? Jednak azulejos, które miałam okazję zobaczyć, cieszą oczy!



Na szczęście, tuż obok jest inny taras - Miradouro das Portas do Sol, który jest bardzo oblegany przez turystów. Nie ma się co dziwić, bo widoki są przepiękne.




Stamtąd już tylko kawałek do Castelo de Sao Jorge. Wstęp kosztuje 8,5€. Na początku zastanawiałam się czy wejść do środka, postanowiłam jednak wydać te kilka euro. Było warto! Można przejść się po murach, posiedzieć w parku i obserwować pawie, a poza tym na terenie Zamku jest taras widokowy (taak, kolejny), z którego roztacza się cudowny krajobraz na Lizbonę. Sam Zamek jest bardzo stary. bo jego początki sięgają już XI wieku.







Ostatnim punktem na mapie Alfamy do odhaczenia był Panteao Nacional. Początkowo była to świątynia, obecnie miejsce pochówku ważnych osobistości. Jego budowa zajęła niemal 300 lat!



Dzień 2: Belém i Palácio dos Marqueses de Fronteira

Po tym jak mniej więcej ogarnęłam centrum, drugiego dnia postanowiłam trochę się oddalić i pojechać do Belém - według niektórych, to najpiękniejsza dzielnica Lizbony. Co zobaczyć i posmakować w Belém? 
Pierwszą rzeczą jaką widzi się po wyjściu z autobusu to Mosteiro dos Jeronimos. Kolejka oraz bilet wstępu bardzo zniechęcił mnie do wejścia do środka. Trochę żałuję, ale może jeszcze kiedyś będzie okazja. Jest to zespół klasztorny zbudowany w XVI wieku. Reprezentuje styl manueliński, czyli typowe portugalskie połączenie gotyku i renesansu.



Tuż na przeciwko jest Pomnik Odkrywców, który powstał w 1960 roku z okazji wystawy światowej. Przedstawia sylwetki z okresu ważnych odkryć geograficznych, między innymi Vasco da Gamę czy Ferdynanda Magellana. Można wejść na samą górę pomnika i podziwiać Belém oraz plac przed Pomnikiem - mozaikę przedstawiającą wyprawy portugalskich żeglarzy.

Idąc wzdłuż Tagu w kierunku ujścia, dojdziemy do Torre de Belém. Podobnie jak Klasztor Hieronimitów, wieża zbudowana została w stylu manuelińskim (nazwa stylu pochodzi od imienia króla Manuela I, który finansował budowle ozdabiane charakterystycznymi ornamentami - miały one upamiętnić morskie wyprawy). Torre de Belém miała za zadanie chronić ujście Tagu do oceanu - była jedną z budowli militarnych. Ciekawostką jest, że Józef Bem był więziony w wieży przed dwa miesiące w 1833 roku. Właśnie przy tej pięknej wieży postanowiłam chwilę odpocząć i zabrać się do lektury ;).


Mówiłam, że po wyjściu z autobusu widać od razu Klasztor Hieronimitów. To prawda - ale jest jednak jeszcze jedna rzecz. To kolejka do słynnych Pasteis de Belém. Sama również postanowiłam ich spróbować. Kupiłam od razu cztery, żeby się nie rozdrabniać ;). Zaznaczę jednak, że nie warto kupować na zapas - ciastka najlepiej smakują, kiedy są świeże! Można je zjeść na przykład tuż obok, w Jardim de BelémHistoria Pasteis de Belém sięga 1837 roku. Podobno jeden ze składników jest ściśle tajny ;)  Za sztukę trzeba zapłacić 1,1€.


Dojazd: autobusy (714,727, 728,729, 751), tramwaj 15 bądź pociąg do Cais do Sodre.
Bilety wstępu: Mosteiro dos Jeronimos 10€, Pomnik Odkrywców 3€, Torre de Belém 6€. 

Tego dnia postanowiłam odwiedzić jeszcze tajemnicze miejsce, Palácio dos Marquêses de Fronteira. Ciężko było tam trafić, bo dojeżdża tam tylko jeden autobus, i do tego nie za często. Z Belém doturlałam się autobusem do stacji Campolide i stamtąd piechotką... Gdy już udało mi się tam dojść, okazało się, że nie można płacić kartą, nigdzie nie ma bankomatu, a ja mam jakieś marne 2€. Na szczęście Pani w kasie była na tyle kochana, że wpuściła mnie do parku za darmo :). 
XVII-wieczny pałac jest prywatną rezydencją w której mieszka rodzina Fronteira. Właściciel jest jednak na tyle miły, że chce się podzielić pięknym ogrodem ze zwiedzającymi. Jednak nie za często ;) Można tam wejść od 9:30 do 13:00 i potem od 14:00 do 17:00 od poniedziałku do piątku. Zdecydowanie warto! Mimo wszelkich niedogodności. W ogrodzie można podziwiać piękne azulejos, wizytówkę Portugalii, rzeźby oraz fontanny. Można tez po prostu zaszyć się w zieleni i nic nie robić :)





Dojazd: autobus 770.
Bilet wstępu: 4€. 


Dzień 3: Sintra

Szczerze żałuję, że nie wstałam skoro świt i nie pojechałam tam wcześniej. Cudowne miejsce, wpisane na listę UNESCO. Wiele można zobaczyć i cały czas się zachwycać. Mój błąd - wcześniej naczytałam się różnych blogów i ludzie robili trasę Sintra-Cascais-Cabo da Roca w jeden dzień. Szczerze? Beznadzieja! Na Sintrę koniecznie trzeba poświęcić jak najwięcej czasu. Jeśli ktoś mi nie wierzy - proszę spojrzeć na zdjęcia ;). Jeśli macie dobrą kondycję - można z powodzeniem używać swoich nóg. Jeśli nie - można kupić bilety na autobus wożący od jednego zabytku do drugiego, bądź wsiąść do tuc-tuca, co też jest ciekawą opcją.



Pierwszym miejscem w Sintrze, które odwiedziłam był Palacio da Pena. Jak wcześniej pisałam, przy dobrej kondycji, można spacerować - ja się na to zdecydowałam, bo nie wiedziałam, że będzie aż tak źle ;). Po godzinie wędrówki dotarłam do Pałacu i zakupiłam bilet tylko do Parku - można z nim wejść na teren Pałacu, ale nie do komnat. 

Palácio da Pena jest jednym z 7 cudów Portugalii - i nie ma się co dziwić! Z jednej strony jest trochę kiczowaty, pozornie nic do siebie nie pasuje, ale mam wrażenie że właśnie w tym leży siła i piękno Pałacu. Powstał w XIX wieku,  w miejscu gdzie wcześniej znajdował się XV-wieczny klasztor Hieronimitów. Spacerując po terenie Pałacu, w oczy rzucają się fragmenty budowli, które właściwie nie trzymają się całości. Tutaj trochę niebieskiego, tu czerwonego, a tu w ogóle walniemy sobie wieżyczkę... Mnie jednak Palácio da Pena zachwyca, bo wygląda jak z bajki!









Po dwóch godzinach w Pałacu ruszyłam do Quinta de Regaleira. Po niespełna godzinie dotarłam - po drodze straciłam orientację i takie tam...
Przy zakupie biletu do Quinta de Regaleira otrzymuje się również mapkę całego kompleksu - i faktycznie jest ona potrzebna przy zwiedzaniu. Można się tam zgubić ;). Oprócz pięknego Pałacu i parku, są tam inne piękne budynki, ale także podziemne ukryte przejścia czy studnie.  Ponadto można odnaleźć ukrytą w ornamentach symbolikę masońską, templariuszy czy związaną z alchemią.









Niestety nie starczyło mi czasu na więcej. Dla mnie, Sintra jest to miejsce które TRZEBA zobaczyć będąc w Lizbonie! Przy okazji (nie tylko w Sintrze ;)) spaceru po starym mieście, można również skosztować wiśniowej nalewki ginja, która może być podawana w czekoladowych kieliszkach.

Dojazd: pociąg z Rossio kursuje co godzinę. Bilet w jedną stronę kosztuje 2,2€. Rozkład jazdy można sprawdzić tu
Bilety wstępu: Palácio da Pena + Park 14€, Park 7,5€; Quinta de Regaleira 6€. 


Dzień 4: Bairro Alto, Cascais i Cabo da Roca

Ostatni dzień rozpoczęłam od nadrobienia zaległości z dnia pierwszego, czyli spacer po Bairro Alto. Nie miałam niestety zbyt wiele czasu, więc postanowiłam ustalić kilka punktów trasy i spacerować od jednego do drugiego, przy okazji znajdując inne fajne miejsca.

Zaczęłam od Jardim da Estrela i Basilica da Estrela, która to jest tuż przy parku.





Chętnie zatrzymałabym się tam trochę dłużej, ale jak mówiłam wcześniej, gonił mnie czas... Skręciłam więc w Calcada da Estrela w kierunku Miradouro de Santa Catarina. Przy okazji mogłam zrobić zdjęcie żółtego tramwaju numer 28, które ma chyba każdy, kto był w Lizbonie.



Z Midarouro de Santa Catarina roztacza się widok, ale niezbyt piękny...



Z jednego tarasu poszłam na kolejny, Miradouro de Sao Pedro de Alcantara, który jak na złość był w remoncie i można było zrobić głównie zdjęcie siatek ogrodzeniowych ;)




Na sam koniec próbowałam również wejść do Convento do Carmo, ale niestety w niedzielę ruiny Klasztoru Karmelitów są zamknięte dla zwiedzających. Szkoda, bo gdybym wcześniej to ogarnęła, udałoby się wejść do środka, by oglądać resztki tego, co z budynku zostało. 

Dalej, zaplanowałam krótkie plażowanie w Cascais, więc skierowałam się na stację kolejową Cais do Sodre, skąd odjeżdżają plażowe pociągi. Jeśli chcecie wybrać się nad morze w weekend, do tego w sezonie, trzeba przygotować się na długie stanie w kolejce po bilet ;). Mi zajęło to całą godzinę... Gdy już się uporałam z trudnościami, niecałą godzinę później byłam już nad morzem.



Dojazd: pociągi do Cascais odjeżdżają co 20 minut ze stacji Cais do Sodre. Bilet w jedną stronę kosztuje 2,2€. Rozkład jazdy można sprawdzić tu.

Gdy już miałam dość słońca, udałam się w stronę stacji autobusów w centrum handlowym (tuż obok stacji kolejowej) - szczerze, trochę ciężko ją znaleźć. Po około pół godzinnej jeździe, dotarłam na sam koniuszek Europy, czyli Cabo da Roca. Widok klifów i nieskończonego oceanu był niesamowity!






Dojazd: z Cascais do Cabo da Roca jeździ autobus numer 403 - co godzinę/pół godziny, zależy od pory dnia. Dalej autobus jedzie do Sintry, więc pobyt w Cabo da Roca można również połączyć z wizytą w Sintrze - ale tak jak pisałam na początku, nie wszystko na raz! Bilet kupujemy u kierowcy. Podróż w jedną stronę kosztuje 3,7€.


Jeśli kiedyś wrócę do Lizbony, chciałabym na dłużej. Nie zobaczyłam wielu miejsc, które chciałam odwiedzić... To miasto trzeba chłonąć, nigdzie się nie spieszyć, poznawać w swoim rytmie. Najlepiej po prostu się tam zgubić!







Zobacz też

2 komentarze

  1. Też mieliśmy problem z odnalezieniem tego busa na Capo da Roca ;)
    Lizbona jest piękna, ale na nas chyba większe wrażenie zrobiła Sintra :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, Sintra ma to COŚ! Muszę tam zabrać narzeczonego ;)

      Usuń