Malta w pigułce

21:22

Malta, 13-17.04.2017 


 
Kolejna podróż, kolejna styczniowa oferta - już ostatnia. Tym razem padło na Maltę. Czemu akurat Malta? Bo akurat w tym terminie (Wielkanoc), w tym kierunku była przyzwoita cena. A ja chciałam jakoś inaczej tym razem spędzić Święta niż przy żurku i jajku (oczywiście kocham i żurek i jajka, ale czasem przydaje się jakaś odmiana ;)). Poza tym wiosna to idealna pora, aby odwiedzić właśnie Maltę. Nie jest za gorąco, ale za to bardzo słonecznie. Naprawdę!

Jak doleciałam?

Wybrałam linie WizzAir. Wylot z Okęcia, powrót do Katowic. Cenowo i terminowo właśnie te lokalizacje najbardziej mi pasowały. Jako transport z Torunia i do Torunia wybrałam Polski Bus. Wiadomo - cena odegrała gigantyczną rolę :). 

Gdzie spałam?

Tutaj postanowiłam znów postawić na couchsurfing. Początkowo poszukiwanie hosta szło bardzo opornie... Nikt nie odpowiadał na moje wiadomości, a mój publiczny trip pozostawał bez odzewu. Zaczęłam więc rozglądać się za hostelem i pokojami na airbnb. Aż tu nagle okazało się, że hostów zgłosiło się aż za dużo :D Powiem tyle - warto było czekać!
Jeśli mogę tylko dorzucić coś na temat lokalizacji - najlepiej zatrzymać się w okolicach Valletty. Jest to dość ważna sprawa, jeśli chodzi o komunikację autobusową (ze stolicy można dojechać praktycznie w każde miejsce na wyspie).

Rady praktyczne 

-Jeśli ktoś zamierza wypożyczyć auto, bądź skuter należy pamiętać o lewostronnym ruchu!
-To nie koniec rewelacji rodem z UK. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że wtyczka do kontaktu też jest brytyjska... Koniecznie należy zabrać ze sobą przejściówkę :)
-Kwiecień nie kojarzy mi się z upałami i mój błąd. Smarujemy buzie i inne części ciała kremem z filtrem! Tak. Nawet w kwietniu ;) (wiem co mówię, bo mam calutką buzię w kolorze buraczkowym :)). 
-Bilety autobusowe kupuje się u kierowcy. Jeden przejazd kosztuje 1,5€. Z tym, że ma tym jednym bilecie można jechać 2 godziny i przesiadać się niezliczoną ilość razy. To całkiem przydatna wiadomość, bo gdy na początku myślałam, że jeden autobus - jeden bilet, to chyba taniej byłoby wypożyczyć auto :D 
-Łapanie autobusu na Malcie to jedna wielka trauma. Trzeba dokładnie pilnować czy akurat Twój autobus właśnie nie nadjeżdża (a jak zbliża się, to trzeba machać mocno, z całych sił, żeby pan kierowca Cię zauważył i wjechał w zatoczkę :)), oraz podczas jazdy obserwować czy przypadkiem nie powinieneś wysiąść (jeśli tak jest, naciskamy czerwony guzik). Autobusy nie zatrzymują się na wszystkich stacjach - większość jest na żądanie. 

Czas na zwiedzanie!

Pierwszy dzień postanowiłam spędzić całkiem niedaleko (od mojego hosta), bo w Vallettcie i w maltańskim trójmiejście. Od początku byłam zachwycona wszystkim i tak zostało do końca :). Aby ze Sliemy dostać się do Valletty, najlpiej wsiąść w prom. Czas przejazdu to zaledwie kilka minut, a cena w jedną stronę 1,5€ (w dwie 2,8€). W Vallettcie jest właściwie kilka miejsc do odhaczenia: górne i dolne ogrody Barrakka, ogrody Hastings i Konkatedra św. Jana. Poza tymi miejscami trzeba po prostu spacerować i szukać pięknych ujęć! Architektura jest niesamowita :).





 


Muszę tu również wspomnieć o miejscu, w którym jadłam obiad. Restauracja nazywa się Angelica. Lokal był wypełniony po brzegi, ale udało mi się znaleźć miejsce. Z pewnością te tłumy przyciągnął szyld mówiący "Najlepszy królik na Malcie. Jammie Oliver". Czasem ludzie zamiast zjeść tam obiad robili sobie zdjęcie z...szyldem... Tak więc, pierwszy raz zjadłam królika. Był smaczny (ale wyrzuty sumienia miałam. Bo jak to. Króliczka tak jeść?). 

Po obiedzie skierowałam się w kierunku windy tuż przy górnych ogrodach Barrakka. Zjazd jest darmowy, wjazd też - ale tylko jeśli kupimy bilety w dwie strony do trójmiasta (w przeciwnym wypadku wjazd windą kosztuje 1€). I wierzcie mi - wolałabym zapłacić niż wchodzić te kilka (naście?!) pięter. Kawałek dalej można znaleźć promy. Ceny i rozkład jazdy są takie same jak w wypadku promu z Sliemy do Valletty. Trzy miasta - Birgu, Isla i Bormla (znane także jako Vittoriosa, Senglea i Cospicua) to miejsce idealne na popołudniowy spacer. Trochę zamętu wprowadzają różne nazwy miast (starożytne i współczesne) i na początku nie wiedziałam które miasto jest którym ;). Najładniejsze z miast, to moim zdaniem Birgu (Vittoriosa) - wygląda niesamowicie, zwłaszcza gdy ogląda się je z Isli (czyli Senglei). W maltańskim trójmieście byłam w piątek. Wielki Piątek. Na Malcie obchodzi się ten dzień dość hucznie - w każdym mieście można natknąć się na pochody z inscenizacją drogi krzyżowej. Gra orkiestra dęta, wszyscy są poprzebierani za starożytnych Rzymian. Jest to coś z pewnością innego, niż można spotkać w Polsce :). Poza tym warto się wybrać do trzech miast, aby z Isli i Birgu podziwiać panoramę Valletty. 





Dzień drugi poświęciłam na wyprawy autobusami - nie zawsze jednak udane. Punktem pierwszym dnia była wioska rybacka Marsaxlokk. Przyznam szczerze, że liczyłam na więcej. Fakt, było kilka kolorowych łódek z oczami (które z kolei mają chronić rybaków przez niebezpieczeństwami), był jakiś tam targ (co prawda z chińskim badziewiem, ale zawsze) i pełno restauracji serwujących ryby. Słyszałam jednak o tym mieście takie cudowne rzeczy, że trochę się zawiodłam. W niedziele w Marsaxlokk są targi rybne. Być może wtedy miejsce jest bardziej zachęcające :).



 
Dalej, po ponad półtoragodzinnej (sic!) podróży trzema autobusami dotarłam do Blue Grotto, a raczej Qrendi. Musiałam się trochę przespacerować, bo autobus który miał mnie zawieźć bezpośrednio na miejsce po prostu nie przyjechał... (trzeba do tego przywyknąć, zdarza się - czasem jest za późno, czasem za wcześnie, a czasem w ogóle). Po drodze na miejsce mijałam cudowne widoczki, więc aż tak źle nie było. Po dotarciu na miejsce od razu skierowałam się w stronę łódek płynących w stronę jaskiń. Rejs trwa tak na prawdę może 20 minut, a koszt to 8€. Nie było jednak tak ekspresowo, jak myślałam - udało się zrobić kilka zdjęć :).

 

 

 


Kolejnym punktem były megalityczne świątynie - Ħaġar Qim i Mnajdra. Od razu wolę powiedzieć, że nie warto się tam fatygować. Za wejście trzeba zapłacić 10€, a jedyne co zobaczymy to kloce poukładane jedne na drugim... Pod namiotem... Być może jest to niesamowity zabytek i powinnam to docenić. Ale na Malcie naprawdę można znaleźć wiele innych piękniejszych miejsc - za darmo.






Ostatnim punktem dnia miały być klify Dingli. Tak też się stało, lecz zanim to nastąpiło, czekała mnie mała przygoda. Ze świątyń do klifów jest kawałek - około 4 kilometry. Do kolejnego autobusu miałam jednak około godziny, postanowiłam więc pójść w ich kierunku. Po jakichś 5 minutach zatrzymał się pan jadący skuterem i spytał się gdzie idę. Po krótkiej wymianie zdań stwierdził, że może mnie tam podwieźć i co więcej, pokazać kilka ładnych miejsc. Niewiele myśląc, założyłam kask i wsiadłam na skuter. Dopiero potem dopadły mnie myśli, że zaraz zginę, albo że wywiezie mnie gdzieś i będzie chciał milion pieniędzy... Na szczęście nic takiego się nie stało! :D Dzięki panu na skuterze miałam możliwość zobaczenia miejsc, do których pewnie nigdy był nie dotarła. Czasem warto zaufać drugiemu człowiekowi :). Na koniec przejażdżki czekały mnie oczywiście wspomniane wcześniej klify - wiadomo, robiły wrażenie, jednak mam przeczucie, że lepiej je podziwiać z dołu... ;)




Ostatni dzień spędziłam nie ma Malcie, ale sąsiednich wyspach - Comino i Gozo. Aby się tam dostać, trzeba oczywiście popłynąć jakimś statkiem. Są dwie opcje - jak turysta, albo jak normalny człowiek ;). W Sliemie jest wiele firm oferujących rejs na Comino, lub łączony - Comino i Gozo. Kosztuje to jednak tyle, że mnie odrzuciło (35€ to dla mnie jednak trochę za dużo)... Postanowiłam więc pojechać do Čirkewwy, skąd odpływają łódki na obie z wysp. Za 10€ kupiłam bilet Malta-Comino-Gozo. Z Gozo na Maltę trzeba już wziąć normalny prom za 4,65€ (cena biletu jest identyczna jeśli płynie się w dwie strony). Niestety, ale tego dnia pogoda nie rozpieszczała, więc na Comino spędziłam tylko godzinę. Jednak jeśli jest ciepło, polecam tam spędzić nawet cały dzień! Nie tylko można się tam opalać i kąpać, ale również pójść na piękny spacer. Szczególnym miejscem wyspy jest oczywiście Blue Lagoon








W drodze z Comino na Gozo, Pan prowadzący łódkę pokazywał nam miejsca warte uwagi na Comino. Bardzo przypominało mi wcześniej wspomniany rejsik do Blue Grotto. Rzeczywiście - widoczki niczego sobie :). Na łódce wiało jednak niemiłosiernie! Gdy płynęliśmy trochę szybciej, nie byłam w stanie otworzyć oczu... Po dopłynięciu do portu, wsiadłam od razu w autobus prowadzący do Rabatu (tudzież Victorii, jak kto woli), które to miasto jest stolicą wyspy. Największą atrakcją miasta jest zdecydowanie Cytadela. Być może to wina pogody, która była paskudna, ale wcale nie żałowałam, że nie mogę spędzić na Gozo więcej czasu. Nie mogę również powiedzieć, że dzień straciłam, bo Victoria jest piękna! (Tak, to z pewnością wina pogody!:))








Malta to jedno z piękniejszych i najbardziej magicznych miejsc jakie widziałam. Jak tylko odhaczę swoją listę stolic europejskich (i uda mi się odnaleźć tanie bilety), muszę tam wrócić. Na trochę dłużej... Bo czas, który spędziłam na wyspie był zdecydowanie z krótki.

Zobacz też

2 komentarze

  1. Malta już od jakiegoś czasu "chodzi mi po głowie". Twój wpis tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że powinnam tam polecieć. Cudowne zdjęcia! Pięknie tam!!

    OdpowiedzUsuń