#9 Kosowo nie takie straszne

00:02

Prizren, Prisztina, 27-29.07.2016


W Kosowie, najmłodszym europejskim państwie, postanowiliśmy odwiedzić dwa miasta: Prizren i Prisztinę. To pierwsze wybraliśmy, bo miało być ładne, a drugie - tak po prostu, żeby odwiedzić stolicę. Wbrew wyobrażeniom na temat Kosowa, państwo wcale nie jest niebezpieczne. Wręcz przeciwnie - spokojnie tu, swojsko, wojny nie widać. Na dodatek pierwszy raz od dłuższego czasu nie wstydziliśmy się używać języka angielskiego. Naprawdę nie spotkaliśmy człowieka, który nie umiałby w tym języku mówić! 

Do Prizren przyjechaliśmy ze Skopje. Do końca macedońskiej granicy droga była przyzwoita. Potem przejście przez granicę - też bez większych opóźnień i problemów. Musieliśmy wykupić tylko OC, ponieważ zielona karta na terytorium Kosowa po prostu nie działa (nie był to duży koszt, bo 15€ na 15 dni, a ceny tego ubezpieczenia z roku na rok systematycznie spadają). Na kosowskiej granicy przybili nam pieczątki i pogranicznik nawet nic nie sprawdzał - spytał się tylko ile mamy gotówki i gdzie jedziemy. Na koniec rozmowy życzył nawet miłego pobytu ;). Po przekroczeniu granicy pięknie jechało się autostradą. Po drodze minęliśmy cmentarz żołnierzy UÇK, czyli Armii Wyzwolenia Kosowa. Był to dość przygnębiający widok, bo na cmentarzu leżało wiele osób w naszym wieku...



Podczas przerwy przy wspomnianym cmentarzu zdarzyła się taka sytuacja, że krówki, które pasły się bez łańcuchów na łące, postanowiły pójść na spacer na parking. Szczerze - na początku się śmiałam. Ale gdy trzy wielkie krowy zaczęły niebezpiecznie zbliżać się do mojego auta, to byłam przerażona. Na szczęście jakiś pan, który również bał się, że któraś z krów zahaczy rogiem o jego auto, przepędził je z powrotem na łączkę. Takie Kosowo :). Oprócz tego na horyzoncie zaczęły się pojawiać góry. A to był dopiero początek ;).

Dokładnie 44 kilometry od Prizren, skręciliśmy w lewo - w góry. Droga była niesamowita, malownicza. Pełno zakrętów, serpentyn, podjazdów pod górę. Strasznie krzyczałam ;) Mimo czadowych widoków strasznie się bałam i poczułam wielką ulgę, gdy już dotarliśmy do Prizren...

Zatrzymaliśmy się w City Hostel Prizren. Plusem było umiejscowienie noclegu i związany z tym prywatny parking (miasto jest niesamowicie zapchane autami, a na wąskich uliczkach nie ma chodników, bo wszyscy na nich parkują). Było czysto, była kawa rano, ale w sumie hostel jakoś bez szału...

Zwiedzanie zaczęliśmy od wspięcia się na górę na której zbudowany jest fort. Z tego co było napisane przed wejściem do twierdzy, remont tego miejsca zafundowała Ambasada USA w Kosowie. Nie powiem - bardzo ładny prezent, zwłaszcza że z góry pięknie widać całe miasto. Jeszcze a propos wejścia na samą górę - popełniliśmy straszny błąd przy wyborze obuwia. Byliśmy przekonani, ze skoro fort jest tak pięknie odbudowany, to droga również będzie przyzwoita. Nic bardziej mylnego... Czasem kostka, czasem wysypany gruz i cały czas stromo pod górę. Tak, czy inaczej, to chyba najciekawsze miejsce w Prizren.





Później postanowiliśmy coś zjeść - padło na knajpę, którą polecał właściciel hostelu, czyli Besimi (przy Kamiennym Moście). Jest to rodzinna restauracja, a goście cały czas zajmowali stoliki. A to dlatego, ze jedzenie było fajne, a porcje całkiem duże :). Po jedzonku przy akompaniamencie dzieci grających na bębenkach, przechadzaliśmy się dalej uliczkami Prizren. Postanowiliśmy również wstąpić tez do informacji turystycznej, ale okazało się, że w sumie to już wszystko widzieliśmy... Nie pozostało nam więc nic innego jak usiąść przy Kamiennym Moście na rodzimym, kosowskim piwku Peja. 





Prizren to podobno najładniejsze miasto w Kosowie. Z pewnością jest ładniejsze od Prisztyny, ale żebym jakos się w Prizren zakochała, to nie powiem... 

A jeśli o Prisztinę chodzi... W tym mieście to dopiero nie ma co robić! Niby na mapie, którą dostaliśmy w hostelu były zaznaczone jakieś ważne budynki i miejsca gdzie można pójść. Ale szczerze - nie były one warte uwagi. Głównym deptakiem Prisztiny jest Bulwar Matki Teresy (zarówno w Macedonii jak i w Kosowie widać mocną miłość do osoby Matki Teresy - wszędzie są jej zdjęcia czy cytaty na tablicach). Na bulwarze można wypić piwko, zjeść lody czy obiadek, bo knajpy są wzdłuż całej ulicy (my mały posiłek zjedliśmy w Mary's food&cafe - polecamy). Oprócz tego jest tam mnóstwo straganów z książkami, z zabawkami typu szczekający różowy piesek, balony czy z komunistycznymi pamiątkami z czerwoną gwiazdą. Na próżno jest za to szukać sklepu ze zwykłymi, tradycyjnymi pamiątkami, z magnesami... Znaleźliśmy jeden, zupełnie na początku wspomnianego Bulwaru Matki Teresy. A gdy weszliśmy, to okazało się, że magnesy a i owszem, są. Ale z flagami Albanii... (na szczęście wypatrzyłam taki z napisanej NEWBORN ;)).



  
Drugim miejscem, do którego chcieliśmy zajrzeć, jest swoistym symbolem Kosowa. Mówię o napisie NEWBORN. Został on ustawiony po uchwaleniu niepodległości i niezależności od Serbii w 2008 roku. Początkowo na napisie widniały flagi państw, które zaakceptowały fakt oddzielenia się Kosowa od Serbii. 


Ostatnim miejscem, który po prostu trzeba zobaczyć jest gmach biblioteki uniwersytetu. Znajduje się on na terenie miasteczka uniwersyteckiego. Jest to... bardzo ciekawa budowla. Zastanawiające są te "rusztowania". Nie wiem co autor miał na myśli, ale bez wątpienia miał fantazję ;).


Wieczorem wybraliśmy się do polecanej restauracji Princessa Gresa - niestety z kuchnią międzynarodową... Był to jednak świetny wybór, bo jedzonko było wspaniałe, a obsługa bardzo pomocna. Po zapłaceniu rachunku spytał się skąd jesteśmy. Gdy usłyszał, że z Polski - spytał się czy pijemy sznapsa. My, że jasne - po chwili przyniósł nam w prezencie dwa kieliszki cholernie mocnej kosowskiej wódki. Było ciężko, ale daliśmy radę ;).

Kosowo nie robi wrażenia jeśli chodzi o ilość zabytków, czy muzeów. Kto co lubi. Mnie jednak  to państwo zachwyciło i jest to jedne z piękniejszych miejsc jakie udało nam się odwiedzić. Co zapamiętam z Kosowa? Widoki - piękne góry, serpentyny oraz niesamowicie przyjaznych ludzi.

Niestety kontakty Kosowa z Serbią dalej są skomplikowane. Naszym kolejnym miejscem do odwiedzenia był Belgrad. Początkowo, mimo ostrzeżeń na stronie MSZ, chcieliśmy jechać na północ - prosto do Serbii. Do zmiany planów przekonali nas mieszkańcy Kosowa - wszyscy mówili, że będziemy mieć problemy na granicy z kosowską pieczątką w paszporcie. Poza tym na kosowsko-serbskiej granicy często są nawet 10-kilometrowe korki! A i tak nie ma się pewności, że Serbia wpuści nas do swojego kraju. Co więcej może być się posądzonym o nielegalne przekroczenie granicy - przecież Kosowo nie istnieje... W takim wypadku postanowiliśmy wrócić do Skopje i do Serbii wjechać od strony Macedonii. Nadrobiliśmy jakieś 150 kilometrów, ale przynajmniej dojechaliśmy bezpiecznie do Belgradu.




Po naszym powrocie do kraju okazało się, że w stolicy Kosowa, Prisztinie wybuchła strzelanina. A wszystko z powodu skomplikowanych stosunków z sąsiednimi państwami...




Zobacz też

2 komentarze

  1. Interesujące zdjęcia z miejsc do których niewiele osób zagląda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to wielka szkoda! Każdemu polecam :)

      Usuń