#11 Budapeszt razy trzy

19:14

Budapeszt, 2-3.08.2016

Budapeszt był naszym ostatnim przystanek tych wakacji - było to miasto zdecydowanie najpiękniejsze (kto był ten wie) i miało najwięcej atrakcji do zaoferowania, miejsc do spacerowania. Mimo, że był to mój już trzeci raz w tym mieście, dopiero za ostatnim razem (widać nie bez powodu mówi się "do trzech razy sztuka" ;)) miałam okazję na własnej skórze poczuć klimat Budapesztu. Poprzednie wizyty były wyjazdami zorganizowanymi, więc chyba więcej nie muszę tłumaczyć.


Eksplorowanie miasta zaczęliśmy dość późno - dopiero około godziny 17:00 wyszliśmy z niezwykle uroczego hostelu Garden House. Tym razem postanowiliśmy trochę bardziej niż zwykle skorzystać z komunikacji miejskiej - wsiedliśmy w tramwaj i już po 15 minutach byliśmy przy Moście Małgorzaty. To był pierwszy raz Piotrka w Budapeszcie, poszliśmy więc w kierunku pięknego budynku Parlamentu. Z bliska wygląda bardzo okazale, jednak najlepiej budynek ten wygląda z drugiej strony Dunaju, więc polecam podziwiać go stamtąd :).



Naszym kolejnym punktem była Wyspa Małgorzaty, na którą można dotrzeć z Mostu Małgorzaty lub Mostu Arpada. Po krótkim spacerze wzdłuż Dunaju (niby wszystko blisko, a nogi odpadają...) jest to idealne miejsce na krótki odpoczynek. Można posiedzieć na ławeczce przy fontannie albo wypożyczyć rower czy melexa i pojeździć nim sobie po Wyspie ;).




Gdy już znudziło nam się siedzenie (tak poza tym to czas gonił..) wróciliśmy na Most Małgorzaty, skąd tramwaj zabrał nas w kierunku Starego Miasta. Po wyjściu z tramwaju musieliśmy dojść kilkaset metrów do uliczek i mogliśmy cieszyć oko :). Im bliżej było kościoła św. Macieja, tym więcej ludzi mijaliśmy - gdy już dotarliśmy do świątyni, było już ich naprawdę sporo. Kościół jest śliczny, a najładniejszy jest w nim kolorowy dach - przynajmniej moim zdaniem ;).



Tuż obok jest Baszta Rybacka. Oczywiście weszliśmy na nią, aby podziwiać drugi brzeg miasta (między innymi Parlament ). Zastanawiałam się czemu ta baszta akurat jest "rybacka" - otóż podobno w średniowieczu właśnie rybacy bronili tej części murów... Tak czy inaczej - Baszta jest zawodowa ;).




Dalej skierowaliśmy się na Wzgórze Zamkowe. Stamtąd również można podziwiać panoramę Budapesztu. My jednak próbowaliśmy po prostu stamtąd zejść. Gdziekolwiek. Gdy już udało nam się trochę zejść, okazywało się, że dalej nie pójdziemy i musimy wrócić do punktu wyjścia. Być może byliśmy zmęczeni, ale naprawdę wtedy było to dla nas wyzwanie :).

Ostatnim zaplanowanym punktem było Wzgórze Gellerta - koniecznie wieczorem! Faktycznie, doszliśmy tam gdy było już ciemno. Czy powtórzyłabym wejście tam po zmierzchu? Niekoniecznie... My zdecydowaliśmy się pójść na górę na piechotę. Niestety ścieżki były zupełnie nieoświetlone i musieliśmy świecić sobie latarkami w komórkach, żeby chociaż trochę oświetlić sobie drogę. Dodam, że ścieżki prowadzą przez bardzo gęsty las czy park i światło raczej tam nie dociera. Byłam święcie przekonana, że zaraz ktoś wyskoczy na mnie z krzaków i pobije :P. Na szczęście po dotarciu na górę strach odszedł, bo mogliśmy podziwiać pięknie oświetlony Budapeszt z góry.




Zejście również nie należało do najprzyjemniejszych, ale jakoś szybciej poszło ;). Planowaliśmy od razu pójść na stację metra, ale gdy zobaczyliśmy, że Most Wolności (Szabadsag hid) jest zupełnie zamknięty dla ruchu (nie dla pieszych) postanowiliśmy przejść się na drugą stronę rzeki mostem :). Na moście była niezła impreza - aż żałowaliśmy że nie mamy ze sobą chociaż piwa. Bawili się młodzi, starzy, wszyscy siedzieli na kocykach, pili piwo, palili sziszę i ogólnie panował fajny nastrój ;). Niektórzy, mimo zakazów, wspinali się na przęsła - nawet na najwyższy punkt mostu... Gdyby nie spódnica to kto wie ;P

Na kolację mieliśmy upatrzone miejsce - musieliśmy tylko dojechać w okolice Parlamentu. Wsiedliśmy więc w linię tramwajową nr 2. Wiem, że zabrzmi to może głupio, ale warto przejechać się tą linią! Tramwaje nr 2 są oldschoolowe, a poza tym ich trasa przebiega przez piękne miejsca w Budapeszcie :). Nawiasem mówiąc do knajpki dojechaliśmy już po zamknięciu i koniec końców wylądowaliśmy w chińczyku. Ale gdybyśmy znali godzinę zamknięcia prawdopodobnie nie udałoby nam się przejechać tramwajem ;).

Ostatni dzień wyjazdu nie był również zmarnowany - odwiedziliśmy Memento Park na peryferiach Budapesztu. Jest to miejsce do którego przeniesiono rzeźby i tablice, które upamiętniały ważnych komunistów czy jakieś specjalne wydarzenia. Można znaleźć tam nawet posąg Lenina ;). Miejsce z pewnością jest warte uwagi, ale wyobrażałam je sobie większe i ogólnie z większą ilością eksponatów. Po wizycie w Moskwie, kilka posągów nie robi wrażenia - Moskwa to jeden wielki rosyjski Memento Park ;).









Z pewnością mogę powiedzieć, że na Budapeszt przeznaczyliśmy zbyt mało czasu. Miasto jest cudowne, różnorodne i mimo, że byłam już tam trzeci raz, chcę tam wrócić. Dla klimatu oraz żeby pochodzić trochę mniej uczęszczanymi ścieżkami :).

I tak na koniec - czy kogoś śmieszy tak samo jak mnie to, że węgierskie "sz" czyta się "s" i na odwrót? ;) Weźmy taki "busz". Albo "szolarium". Albo Liszt? ;)


Zobacz też

2 komentarze

  1. Myślę, że jeśli w końcu skuszę się na wizytę w Budapeszcie to również odwiedzę wszystkie z miejsc, o których wspominasz :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby trochę samemu coś poodkrywac... ;)

      Usuń