#10 Serbia to dziki kraj

11:04

Belgrad, 31.07-2.08.2016




Trudno jest pokochać Serbię. Zwłaszcza jeśli używa się w tym kraju auta... Wiadomo, tak jak i w poprzednich krajach, kierowcy używają klaksonu jak przecinka oraz nie zwracają uwagi na innych uczestników ruchu drogowego. Tak poza tym paliwo jest droższe niż w Polsce (trochę ponad 5 zł/l), a system autostrad jest masakryczny! Fajnie, że mają dobre drogi i - ok, trzeba za nie płacić. Z resztą jak większości państw. Ale opłaty można rozwiązać w jakiś cywilizowany sposób... Serbia jeszcze na to nie wpadła. Pierwsza bramka - sytuacja taka, że stoimy w korku tak dużym, ze tek bramki to w sumie nie widzimy. Przed nami auta ustawiają się w, uwaga, pięć kolejek. No okej, stajemy w jednej z nich. 30 minut później okazuje się, że tak naprawdę to otwarte są trzy bramki i jacyś dziwni kolesie próbują kierować samochody ma dobre tory. Ale kierują tak, że co chwila możliwa jest stłuczka, bo raz pokazuje jedź, potem stój, a może jednak zmień pas... Paranoja. Chwile później podchodzi do nas kobieta i wręcza "bilecik" na kwotę 1,5 € (190 dinarów). Płacimy - po 40 minutach stania w korku. Jedziemy dalej... Wszystko fajnie pięknie, a tu po około 10 kilometrach kolejna bramka :). Tym razem poszło szybciej, bo bileciki, które powinny wydawać maszyny, wydawali ludzie. Na szczęście kolejna bramka była dopiero pod Belgradem (jakieś 220 km dalej ;)). Sytuacja natomiast była podobna jak na bramce numer jeden. O co chodzi ja się pytam! (Taak, wieem... W Polsce często jest bardzo podobnie - zwłaszcza gdy chce się zjechać z autostrady w okolicach Torunia :)). Poza tym tankowanie też ludziom sprawiało trudność. Na zatankowanie się czekaliśmy z 20 minut. A przed nami były tylko trzy samochody :). Muszę powiedzieć, że czekając na autostradzie w korku nienawidziłam Serbii. Za opieszałość, za brak organizacji i znajomości zasad ruchu drogowego. Jak dotąd moje kontakty z Serbią ograniczały się raz do przejazdu przez kraj, gdy jechałam do Grecji oraz jednej nocy spędzonej na serbskiej wiosce. Wtedy jakoś nie narzekałam... Na szczęście moja nienawiść do całego narodu serbskiego ustąpiła, gdy tylko dojechaliśmy do Belgradu ;).

Hostel mieliśmy niestety trochę daleko od centrum (ok. 2,5 km, a hostel nazywał się Fa%r+square). Na wejście było darmowe piwko - podoba nam się ta tradycja ;). Poza tym można było zaparkować na terenie hostelu za drobną opłatą (niestety przy płatności okazało się, że oplata nie wynosi 2€ za noc jak mówił pan, tylko 3€). Na dodatek okazało się, że w łazience pokojowej (każdy pokój miał osobna łazienkę na korytarzu) cieknie zlew czy coś, wiec dali nam pokój z dużym łóżkiem i łazienka w środku. Aczkolwiek wolałabym żeby nie waliło z kanalizacji w łazience, a co za tym idzie w pokoju... 

Gdy już dowiedzieliśmy się wszystkiego, gdzie iść, gdzie zjeść, co zobaczyć, a gdzie kupić bułki na śniadanie, poszliśmy do centrum. Niestety dotarliśmy tam dość późno, wiec obeszliśmy uliczki odchodzące od deptaku Kniazia Michała, kupiliśmy magnes i poszliśmy zjeść do restauracji nazywającej się Boutique. Niestety w tej części Belgradu próżno było szukać czegoś serbskiego, więc wybór padł jak zwykle na Włocha ;). Tu powiem, że zdecydowanie warto przejść się ulicą Kniazia Michała wieczorem, jest wtedy niesamowity klimat! Tu ktoś pitoli na saksofonie, tam trio złożone z dziadków gra jakąś muzyczkę, prawdopodobnie serbską, na ulicy jest mnóstwo artystów sprzedających swoje dzieła, a do tego wylega ze swych domów mnóstwo ludzi! Dawno nie widziałam takich tłumów o 22:00 w niedziele :). 

Na szczęście kolejny dzień był bardziej owocny, niż poprzedni. Mieliśmy kilka ustalonych miejsc, do których chcieliśmy się wybrać - przez stracony jeden dzień musieliśmy trochę zweryfikować plan i skupiliśmy się na prawej, starej części miasta.

Pierwszym przystankiem w drodze do pewnego miejsca był Park Tasmajdan z cerkwią św. Marka, fontanną i posągiem małej dziewczynki ze skrzydłami motyla. Jest to symbol pamięci wobec dzieci, które zginęły w nalotach NATO na Serbię w 1999 roku. Mimo, że cele były wojskowe, niestety cywilom również się oberwało...




Następnie, całkiem przypadkiem trafiliśmy na budynek Parlamentu, a tuż obok transparenty protestujących wzywające do ukarania albańskich zbrodniarzy. Napisy te zaciekawiły mnie  i zmusiły do lepszego wgłębienia się w historię rozpadu Jugosławii i tak ogólnie o co chodziło w tej wojnie. Dla mnie sprawa jest bardzo skomplikowana i każdemu polecam trochę o tym poczytać. Wojna toczyła się bardzo niedawno, a do tego bardzo blisko naszej granicy...



Miejsce do którego zmierzaliśmy jest dla mnie swoistym pomnikiem tej wojny. Mówię o budynkach, które były zbombardowane, a które nie zostały zburzone. Nie wiem czy spowodowane jest to brakiem chęci, pieniędzy czy po prostu ktoś stwierdził, że powinno się o krzywdach wojennych pamiętać. Dodam, że na mapie którą otrzymaliśmy w hostelu, miejsca ze zbombardowanymi budynkami były bardzo dokładnie zaznaczone - więc chyba jest to jakaś większa idea (poza tym, jak widać na zdjęciach - budynki zostały odpowiednio zabezpieczone). Widok tych budynków jest przerażający. Nawet nie chcę myśleć jak wygląda wojna.






Następnie postanowiliśmy udać się do Kalemegdan i przy okazji przespacerować się wzdłuż brzegu Sawy. Nie sądziliśmy, że spacer będzie aż tak długi ;) Trochę nam to zajęło. Udało nam się również minąć port z wieloma knajpkami w budynkach oraz na barkach. Szkoda tylko, że spora jego część była obdrapana i wyglądała na squat.








Gdy udało nam się w końcu dojść do Kalemegdan, zaczęły się zbierać chmury. Po wejściu na sam szczyt twierdzy, oczom ukazuje się piękny krajobraz oraz panorama ujścia Sawy do Dunaju. Jeśli się dobrze przyjrzeć, w oddali widać nawet Zachodnią Bramę Belgradu. Kalemegdan to fortyfikacje pochodzące już z czasów celtyckich. Na wzgórzu znajduje się również cerkiew Ruzica, którą piękne oplata winorośl - nie da się przejść obok niej obojętnie ;). Obecnie na terenie Kalemegdan, oprócz resztek fortyfikacji można odnaleźć różne muzea, park, boiska oraz... park dinozaurów.











Od twierdzy był już rzut beretem do dzielnicy zwanej Skadarlija, czyli według znaków które wskazywały nam drogę, dzielnica cygańska. W sumie Skadarlija to tak naprawdę uliczka. Brak na niej ruchu samochodowego, można tu kupić rękodzieło, zjeść serbskie jedzenie (w końcu!) i posłuchać serbskiej muzyki na żywo. Po przejściu się w te i we wte (co zajęło nam chyba 5 minut ;)) wybraliśmy niezwykle uroczą knajpkę Sesir moj, co oznacza "Mój kapelusz". Jedzenie pycha, a porcje były tak duże, że spokojnie mogliśmy wziąć jedno danie na pół ;). Jeśli chodzi o muzykę - raz było lepiej, a raz gorzej. Zespoły w restauracjach miały taki układ, że grały około 20 minut w jednej knajpce, po czym przechodziły do kolejnego lokalu. Niektóre zespoły były ewidentnie znudzone ;). Wszystko było pięknie, aż do otrzymania rachunku - okazało się, że naliczyli nam większy rachunek niż przewidywaliśmy. Oczywiście najpierw zapłaciliśmy, potem wzięłam się za rozszyfrowywanie cyrylicy. Okazało się, że specjał, którym "częstował" nas kelner był płatny od sztuki! Tuż po podaniu napojów, kelner przyniósł nam sześć ostrych papryczek w czosnku - podobno to serbska specjalność. Nic jednak nie wspominał o dodatkowej opłacie... Przy wychodzeniu z lokalu okazało się, że na każdym stoliku leżał talerzyk z papryczkami doliczonymi do rachunku. No nic - mamy nauczkę. Mimo, że właściwie tych papryczek nie zjedliśmy, bo były takie ostre - trzeba było za nie zapłacić. Kolejnym razem grzecznie spytam ile za ten poczęstunek się należy ;).





Po wyjściu z knajpki rozpadało się na dobre - plany pójścia na wieczorny spacer po uliczkach Starego Miasta nie wypalił. Wsiedliśmy więc w autobus i pojechaliśmy do hostelu.

Rano wstaliśmy, pożegnaliśmy się z pracownikami hostelu oraz jego pięknymi mieszkańcami (psem i dwoma kotkami) i ruszyliśmy w ostatnie miejsce naszej wyprawy - Budapesztu. Niechcący nawet natknęliśmy się na Zachodnią Bramę Belgradu! Piękna, co nie? ;)


Zobacz też

1 komentarze

  1. Pod koniec sierpnia stałem pół godziny na bramkach pod Nowym Sadem ;) To jest w sumie pech, bo jeździłem serbskimi bramkami wielokrotnie i do tej pory korki miałem wyłącznie pod Belgradem (od południowej strony) i to maksymalnie na 20 minut. Problemem są Turcy i Kurdowie na zachodnich blachach którzy wracają do Europy - jeśli trafimy na dzień, gdy jest ich dużo, to korek murowany. W drugą stronę było pusto... Serbowie - niestety - mają system polski czyli bramkowy i efekt jest widoczny...

    Co do tych budynków zbombardowanych - obiekt dawnego ministerstwa (ten największy) miał zostać komuś sprzedany na... kasyno i hotel. Ale się wycofano z tego. To są gigantyczne koszty i jak sądzę to najbardziej prawdopodobny powód aby nie rozbierać tych ruin.

    OdpowiedzUsuń