#8 Zakochać się w Skopje

17:35

Skopje, 27-29.07.2016


Do Skopje dotarliśmy dość późno, bo około 18:00. Mimo, że droga nie była długa (start w Sofii), to koszmarnie się dłużyła... Nocleg zabookowałam w Hostelu 42 na ulicy Bulevar Ilimden. Panie w recepcji to super dziewczyny - zanim nas zameldowały, opowiedziały o wszystkich miejscach wartych uwagi, dobrych knajpach oraz jak do tych zakątków dotrzeć. Właścicielem hostelu okazał się pan, który w czasach swojej młodości był reprezentantem Jugosławii w siatkówkę! 



Zgodnie ze wskazówkami Aleksandry z recepcji, poszliśmy w stronę murów, które pochodzą z czasów imperium rzymskiego. Niestety nie udało nam się odnaleźć wejścia za mury, odłożyliśmy więc wizytę na kolejny dzień. A wszystko z powodu szybko zachodzącego słońca. 

Gdy doszliśmy do "starej" części Skopje, już zmierzchało (o 20:00 było praktycznie ciemno!).  Mam teorię, że wszystko wygląda lepiej w nocy, z ładnym oświetleniem. Tak również było w tym przypadku - ale to okazało się dopiero ostatniego dnia. Z relacji znajomych oraz bloggerów, którzy byli w stolicy Macedonii, wiedziałam, że Skopje to jeden wielki plac budowy. Jest tak w rzeczywistości. Budynki, które mają udawać stare, wcale takie nie są, a rożne dziwne, współczesne okazy architektoniczne psują widok na to co jest warte uwagi... Wszystkie budowle są za duże, nie pasują do reszty otoczenia i kosztują masę kasy. Niesamowita była dla mnie również ilość posągów i pomniczków w całym mieście. Na co komu pomnik żebraka, pani gadającej przez komórkę, czy innej kobiety spacerującej z psem?! Nie dziwi mnie w tej sytuacji reakcja Macedończyków - wszystkie nowe, "piękne" budynki, fontanny i pomniki poobrzucali kolorowymi farbami, aby były brzydkie. Protesty te nazwane zostały kolorową rewolucją. Aleksandra opowiadała nam, ze w kraju nie ma pieniędzy na szkolnictwo, opiekę zdrowotna, czy rozwój - lecz na pomniki i wielkie molochowate budynki kasa jakoś się znajduje... A wszystko w ramach nowego projektu Skopje 2014 ;). (oczywiście to nie jedyny powód niezadowolenia Macedończyków).









Gdy już zobaczyliśmy wszystko, przyszedł czas jedzonko. Aleksandra polecała nam knajpy, które były dość daleko od miejsca w którym byliśmy, a cały czas trzymała nas zmęczeniówa po obozie. Postanowiliśmy więc pójść do którejś z restauracji nas rzeką - był to zły wybór... Ogólnie knajpki nad rzeką były dość drogie, a jedzenie nie wyglądało świetnie - lepiej poszukać czegoś dalej od "starówki" ;).

Kolejny dzień to wycieczka poza centrum - punktem pierwszym była góra Vodno z Krzyżem Millennium na szczycie. Krzyż został postawiony z okazji dwutysięcznej rocznicy chrześcijaństwa. Aby tam się dostać trzeba było podjechać autem pod stację kolejki gondolowej Po dotarciu na miejsce, grzecznie stanęliśmy w kolejce i kupiliśmy bilety w górę i z powrotem za całe 100 denarów na głowę (ok. 8 zł). Oczywiście nie ma przymusu i można również wejść na górę samodzielnie - my jednak mieliśmy dość napięty grafik ;). Szybko wsiedliśmy do gondolki i po 5 minutach byliśmy na górze. Z miejsca w którym stoi Krzyż, można podziwiać nie tylko miasto, ale tez inne góry - swoją drogą jestem ciekawa jak w Macedonii jest rozwinięta turystyka górska. Mają po czym chodzić!




Punktem drugim dnia, był Kanion Matka. Było to jedno z najładniejszych miejsc w życiu jakie widziałam! Początek jest dość niepozorny - mała górska rzeczka. Dopiero po minięciu wielkiej tamy ukazuje się zbiornik wodny, a wokół niego wysokie skały. Coś niesamowitego :). Na miejscu można wykupić wycieczkę łódką, która zabiera na trip dookoła Kanionu oraz do długaśnej jaskini z nietoperzami lub po prostu wypożyczyć łódkę lub kajak i popływać 30 minut, czy godzinkę. My niestety mieliśmy kasę tylko na wypożyczenie na pół godziny podwójnego kajaka (250 denarów), ale i tak było czadowo. Tutaj muszę wspomnieć o niezwykłej wiedzy Piotrka na temat kajakowania - fale z innych łódek trzeba pokonywać przodem kajaku! Nie bokiem, bo fala wywróci kajak ;).





Gdy już skończyliśmy pływać, postanowiliśmy pójść na spacer wzdłuż Kanionu. Na szczęście miałam na sobie w miarę sportowe buty, bo inaczej to ciężko tam się przechadzać. Ścieżka jest zabezpieczona, ale bardzo nierówna i ma wiele kamiennych stopni - bardzo łatwo się przewrócić. Po drodze mijaliśmy panie w obcasach, klapkach, sandałach i koturnach - bardzo nie polecam ;). Niestety po jakichś 30 minutach zaczęło grzmieć, więc postanowiliśmy zawrócić. I dobrze zrobiliśmy, bo w momencie dodarcia do auta zaczęło padać. Szkoda, że byliśmy w Kanionie tak krótko, ale jest to całkiem sensowny powód, aby tam wrócić...




Po powrocie do Skopje okazało się, że pogoda jest zupełnie inna niż w Matce! Mogliśmy więc pójść i poszukać wejścia do Kale - tym razem nam się udało (okazało się, że poprzedniego dnia byliśmy tuż obok i wejścia nie zauważyliśmy... No cóż, zrzućmy to na zmęczenie ;)). Zdecydowanie było warto tam pójść - z góry doskonale widać miasto - tę nową "starą" część. Niestety oprócz podziwiania miasta, to w środku nie ma nic więcej do roboty, bo większość twierdzy zarastają krzaki ;). Można również się przespacerować po murach - niestety nie dookoła, bo ścieżka nagle się urywa i trzeba wrócić drogą, którą się przyszło...



Po zobaczeniu Kale z czystym sumieniem mogliśmy pójść coś zjeść - zgodnie z zaleceniami Aleksandry poszliśmy do knajpy Kancelaria. Podają tam całkiem smaczne, narodowe jedzenie w dobrej cenie.

Kolejny poranek rozpoczęliśmy od szybkiego spaceru po Skopje - tej świeżo wybudowanej części oraz po Starym Bazarze, który jest perełką tego miasta. Dopiero tu jest klimatycznie i swojsko - z dala od przesadnie wielkich pomników. Niestety podobnie jak bułgarskim Nessebarze tak i tu większość budynków wypełniały sklepiki z pamiątkami.







Już po wymeldowaniu się zmierzaliśmy w kierunku Kosowa - postanowiliśmy jednak zahaczyć o Akwedukt, który znajduje się akurat przy drodze na Prisztinę. Próbowaliśmy tam pojechać poprzedniego dnia - po pobycie w Matce, ale akurat jacyś bardzo ważni ludzie jechali i ulice były pozamykane... Gdy spytaliśmy się Aleksandry, czy wie może jak tam dojechać, usłyszeliśmy tylko "Ale po co chcecie tam jechać? To przecież tylko dużo kamieni"... Po dojechaniu na miejsce okazało się, że ta sterta kamieni to chyba jedyna stara, nieruszona budowla w mieście - podobno pochodzi z czasów rzymskich. Szkoda, że Akwedukt jest tak pomijany przez Macedończyków. Przecież powinni być dumni, że taki zabytek wytrzymał aż do naszych czasów...




Kilka dni po powrocie do kraju, okazało się, że w powodzi w Skopje zginęło ponad 20 osób. Szczęście nam sprzyjało podczas tego wyjazdu.




Zobacz też

2 komentarze

  1. Ciekawe. Byłam w Skopje 9 lat temu. Nie było wtedy tych pomników i niewiele budynków było wyremontowanych. Chyba tylko Kanion Matka pozostał taki sam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Władze Skopje dopiero w 2010 roku rozpoczęło projekt "Skopje 2014" i od tego momentu miasto "się buduje" ;). W sumie to projekt chyba nie jest zakończony, bo wiele budynków jest jeszcze w stanie surowym...

      Usuń