#5 Złoto, marmury i rozpadające się budynki

23:30

Bukareszt, 18.07.2016



Jak wspominałam w poprzednim wpisie, jeden dzień pobytu nad morzem poświęciliśmy na wycieczkę do Bukaresztu. Z tego co czytałam w necie oraz co mówili mi ludzie, do Bukaresztu nie powinno się jechać autem. Pierwsza sprawa to masakryczne korki przy wjeździe do miasta, a druga to oczywiście rumuński styl jazdy ;). Postanowiliśmy nie ryzykować i wybrać się do stolicy Rumunii pociągiem. Bilety warto kupować wcześniej, przez internet i najlepiej grupowo - wtedy przewidywane są rożne zniżki. Pociągi wyglądają przyzwoicie, a przede wszystkim wyposażone są w klimę. O 8:40 wyjechaliśmy z Konstancy, a punktualnie o 11:07 wyszliśmy z pociągu. Dworzec w Bukareszcie nas przeraził - był syfiasty i gigantyczny... Nigdzie nie było znaków gdzie jest centrum, gdzie autobusy, gdzie metro, a informacji turystycznej brak... Muszę  też przyznać, ze pomijając karteczkę z nabazgranymi miejscami do zobaczenia, to w ogóle nie byliśmy przygotowani na wizytę w stolicy Rumunii. Nie wiedzieliśmy co robić, gdzie iść...

Jednym z punktów na naszej liście był Łuk Triumfalny - wklepałam szybko nazwę miejsca w nawigę i ruszyliśmy. Po około dwóch kilometrach bardzo ciekawej drogi dotarliśmy na miejsce. Łuk Triumfalny jest poświęcony żołnierzom rumuńskim. Co ciekawe - drugiej połowie XIX wieku na tym samym miejscu postawiono drewniany łuk. Zaledwie 44 lata później zbudowano kolejny, na miejscu tego drewnianego. Drugi łuk również został zniszczony - w 1936 roku powstał ten ostatni, który można teraz oglądać. Ciekawe kiedy ten zburzą ;). Niestety po dotarciu na miejsce widok bardzo nas zawiódł. Cały Łuk był zakryty. Zdjęciami Łuku...


Niezniechęceni, pomaszerowaliśmy dalej do Parku Herastrau, żeby chwilkę usiąść (taak, uwielbiam parki i odpoczywanie w zieleni - Bukareszt jest do tego idealnym miejscem). Co mi się w nim podobało? Dużo ławeczek, trawy, wody - czyli wszystko co w parku być powinno. A co było beznadziejne - Aleja Michael Jacksona, na której był postawiony pomnik z napisem MTV - M is for Michael oraz pawie uwięzione w klatce 3x3 metry i czarne łabędzie, które nie mogły odlecieć... Smutny był to widok.





W trakcie spaceru po parku zobaczyliśmy w oddali kolejny punkt z mojej listy - Dom Wolnej Prasy, czyli młodsza siostra naszego Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie (swoją drogą szkoda, że nie udało mi się zobaczyć w Moskwie wszystkich siedmiu "pałaców kultury" - miałabym już prawie komplet 12 budynków :)) Z daleka wyglądał całkiem niewinnie, ale po podejściu pod sam gmach, okazało się że Dom Wolnej Prasy może i jest niski. Ale za to jaki rozlazły!




W tak zwanym międzyczasie próbowałam łapać wi-fi i skontaktować się ze znajomymi, którzy obecnie mieszkają w Oslo, ale dziwnym trafem akurat w tym samym czasie byli w Bukareszcie na wywczasie. Zdecydowaliśmy umówić się w La Placinte (jak wspominałam wcześniej, mołdawskie i rumuńskie żarcie jest bardzo podobne - knajpa z Mołdawii okazała się rumuńską sieciówką!). Po wpisaniu adresu okazało się, ze mamy jakieś... 6 km do miejsca spotkania. Masakra. Chcieliśmy podjechać do centrum autobusem. Niestety na przystankach na próżno było szukać rozkładu jazdy lub schematów linii. Podeszliśmy do budki, która wydawał się być czymś w stylu kiosku. Rzeczywiście nim był, ale można było w nim kupić tylko bilety. Pani, która twierdziła ze mówi po angielsku wytłumaczyła nam po rumuńsku?!, że możemy jechać autobusem 728  do centrum za 7,50 lei za dwie osoby. Niestety w portfelu mieliśmy tylko 6, a bankomatu znaleźć nie mogliśmy. Poszliśmy wiec na spacer... :). Nasza trasa przebiegała przez ulicę Kisselefa i Bulwar Lascara Catargiu. Praktycznie przez całą drogę do centrum mijaliśmy ambasady. Największa była oczywiście rosyjska. Bliżej centrum mogliśmy tez zobaczyć stylowe socjalistyczne budynki i niesamowicie paskudną Operę ;).



Po obiadku w La Placinte (swoją drogą, mimo ze menu było identyczne jak w Kiszyniowie, to rumuńskie wersje były dużo gorsze) poszliśmy wraz ze znajomymi na spacer po uliczkach Bukaresztu. Dużo ich nie było... A co gorsza - zaczęło masakrycznie padać.




Naszym ostatnim punktem wizyty miał być Pałac Caucescu - drugi co do wielkości budynek na świecie (po Pentagonie!). Mimo deszczu dzielnie szliśmy do Pałacu - było warto. Znajomi byli poprzedniego dnia w środku i pokazywali nam zdjęcia - samo złoto, marmur i jedwabie. Myślę, że dobrze byłoby się tam wybrać - kiedyś. Z zewnątrz budynek również robił wrażenie - pochodzi zaledwie z lat 80 ubiegłego wieku! Poza tym, ciekawe  jest to, że Pałac został zbudowany w zaledwie 3 lata, a do jego budowy zużyto 1km³ marmuru! Ciekawe kiedy się rozleci ;).



Bukareszt to miasto bez pomysłu, a jednocześnie jest bardzo ciekawym miejscem. Jeśli dobrze się przyjrzeć, pomiędzy komunistycznymi blokami znajdziemy kościoły i cerkwie, co kilka kroków jest kawałek zieleni z ławeczką. Nie ogarnie się jednak komunikacji miejskiej - gdzie jaki autobus ma przystanek, gdzie jakim autobusem dojedziemy, o znalezieniu stacji metra nie wspominając ;). Ogólnie Rumunii trzeba dać jeszcze czas - być może za 10 lat będzie to idealne miejsce na wakacje?



Zobacz też

0 komentarze