#4 Chill w Konstancy

12:44

Konstanca, 16-19.07.2016





Wbrew temu, co sobie wyobrażałam, Konstanca nie jest małym, spokojnym miastem nad Morzem Czarnym. To gigantyczny kurort. Planując wyjazd, zabookowałam nocleg w hostelu Smar'T Flight na ulicy Petru Vulcan. Do plaży dość blisko, bo około 1 kilometra, można było zaparkować za free na ulicy, cena była przyzwoita, a do tego pycha śniadanko w cenie. Poza tym mimo, że właściciel mówił tylko po rumuńsku i francusku, był bardzo pomocny - wtrącał wiele angielskich i rosyjskich słów, gdy nam coś tłumaczył. A tłumaczył wiele i chciał z nami o wszystkim rozmawiać ;). 

Oczywiście pierwsze co zrobiliśmy po przyjeździe, to poszliśmy na plażę. Zawiodłam się bardzo ma piasku, bo tak właściwie to to były pokruszone muszelki z piaskiem między nimi... Strasznie bolało jak się chodziło. Śmialiśmy się, że Rumuni przygotowują się do łażenia po tej plaży cały rok, ćwicząc na przykład chodzenie po klockach lego i pokruszonym szkle - bo większość ludzi jak gdyby nie zauważała nieprzyjemności związanych z  wrzynającymi się muszelkami w stopy...




Mimo, że cały czas siedzieliśmy pod parasolem, po trochę ponad trzech godzinach mieliśmy dość słońca i wróciliśmy do hostelu, a następnie poszliśmy do Starego Miasta. Sama Starówka nie jest jakaś ogromna, nie robi również jakiegoś mega wrażenia. Tuż obok głównego placu spotkaliśmy drugi meczet na naszej trasie ;) (i nie ostatni - a było już tylko coraz więcej).





 
Z racji, że była to sobota, większość knajp była zapełniona. Spodobał nam się lokal Racing pub, lecz po otrzymaniu menu okazało się, że trafiliśmy do knajpy... włoskiej... Byliśmy już zmęczeni i głodni, wybraliśmy więc jakieś makarony i rumuńskie piwa (czy to nie dziwne, że w Rumunii ciężko o rumuńskie jedzenie, a piwa są głownie zagraniczne?). Po zjedzeniu planowaliśmy przespacerować się dalej po starej części Konstancy, jednak mój organizm po raz kolejny zaprotestował i tym razem na rękach i nogach wyskoczyła alergia skórna. Prawdopodobnie na... słońce. Poszliśmy szybko do hostelu, gdzie Piotrek spacyfikował mnie wapnem i lekami na alergie i jakoś przeżyłam ;).

Kolejnego dnia pozwoliliśmy sobie pospać trochę dłużej niż do 5:00 jak to ostatnio bywało. Na szczęście swędząca wysypka i ugryzienia wyglądały lepiej, mogliśmy więc zrealizować nasz plan ten dzień, to jest pojechać na plażę w Mamai. Nasz najlepszy właściciel hostelu wytłumaczył nam gdzie możemy zaparkować i którędy jest najlepiej tam jechać. Rzeczywiście samochodów było mnóstwo (jak to w niedzielę nad wodą ;)), ale udało nam się znaleźć miejsce. Mamaia jest dużo bardziej młodzieżowym i imprezowym miejscem niż sama plaża w Konstancy. Przez 8 km piaszczystych plaż (zaznaczam - piaszczystych :)), ciągną się plażowe knajpy z leżakami do wynajęcia - w sumie nie było opcji, żeby rozłożyć swój ręcznik na piasku, bo po prostu nie było na to miejsca. Wzięliśmy więc dwa leżaczki (za cale 20 lei za osobę) w cieniu, pod parasolem i tak odpoczywaliśmy do wieczora :).



Tym razem chcieliśmy wyjść do Starego Miasta trochę wcześniej, ale niestety znów nam się to nie udało. Musieliśmy nacieszyć się widokiem starych kamienic i portu z nocnym oświetleniem. Zwłaszcza cześć portowa z knajpkami wyglądała uroczo :). Podczas spaceru szukaliśmy jednocześnie miejsca na kolację - planowaliśmy zjeść coś typowo rumuńskiego. I uwaga - znaleźliśmy jedną jedyną knajpkę (Casa Prahova na Buldevardul Tomis). I to bardzo średnią - kuchnia mołdawska i rumuńska są w sumie takie same - mieliśmy więc do czego porównywać. Na rumuńskich ulicach króluje Włoch i fastfoody... Mam wrażenie, że część Rumunów wstydzi się swojej muzyki, jedzenia, tradycji? Nie wiem jak jest na prawdę, ale bardzo mnie to dziwi.



Kolejny dzień zaczął się dla nas bardzo wcześnie - a to dlatego, że mam fiksację na punkcie stolic (na szczęście już coraz mniejszą ;)) i już o 8:40 byliśmy w pociągu do Bukaresztu. Ale o tym co robiliśmy i widzieliśmy już w kolejnej notce. 

Ostatni poranek w Konstancy wykorzystaliśmy na spacer nad morzem - bardzo chcieliśmy zobaczyć Starówkę w normalnym świetle i piękne kasyno z 1910 roku - niestety nieczynne. Szkoda, że nie ma pieniędzy, żeby odnawiać i przywracać do życia takie perełki. No cóż - Caucescu wolał Pałac ze złota...




Kolejny przystanek: Słoneczny Brzeg w Bułgarii. 

Zobacz też

1 komentarze

  1. Z tradycyjną kuchnią rumuńską w Rumunii jest naprawdę ciężko. Będąc za granicą uwielbiam próbować lokalnych specjałóW. Sądziłam, że w Rumunii spróbuję czegoś pysznego a tam kicha. Jedynie w hotelu gospodarz uraczył nas przepysznym śniadaniem ze świeżymi warzywami ze swojego ogródka, ręcznie robionym kozim serem i słoninką. A na dodatek gigantycznym stosem naleśników ze swojskim dżemem truskawkowym!

    OdpowiedzUsuń