#3 Delta Dunaju

11:24

Sulina, 15-16.07.2016



To, czy zdążymy na prom do Suliny było od początku jedną wielką niewiadomą... Z Kiszyniowa wyjechaliśmy około 5:45 - niby wcześnie, bo do przejechania było trochę ponad 300 kilometrów. Ale gdyby budzik zadzwonił o czasie, byłabym spokojniejsza i wyruszylibyśmy aż 30 minut wcześniej. Znalazłam informację, że stateczek odpływa o 13:00. Piotruś jechał szybko, ale bezpiecznie - trochę się bałam, ale taki kierowca to skarb ;). Fiacik pięknie pokonywał zakręty i mniejsze górki. Z tymi większymi miał już problem, bo trochę mała stadninka pod maską... Wszystko szło idealnie aż do ostatniej stacji benzynowej w Mołdawii. Zatankowaliśmy się do pełna, bo paliwo po minięciu granicy byłoby droższe (w ogóle ceny w Rumunii były szokiem bo pobycie na Ukrainie i w Mołdawii). Wszystko fajnie pięknie, ale terminal im na stacji nie działał, płatność kartą odpadała, a przy sobie nie mieliśmy wystarczającej ilości ich pieniążków wyglądających jak te z gry Monopoly... Zapłaciliśmy więc w euro. Oraz straciliśmy cenne 20 minut. Dojechaliśmy do Mołdawskiej strony granicy - poszło w 5 minut. Zdziwieni pojechaliśmy dalej. Sądziliśmy,  że również pójdzie sprawnie. Niestety myliliśmy się - na wjazd do Rumunii czekaliśmy godzinę... Rozumiałabym sytuację, gdyby samochody przed mami rzeczywiście były sprawdzane. Pogranicznicy siedzieli albo u siebie w budce, albo ucinali sobie pogawędki z podróżnymi. Z nami pan na granicy rozmawiał o samochodzie - ile pali, ile ma koni, benzyna czy diesel... A drugi pan stał z naszymi paszportami i po prostu słuchał... Paranoja. Gdy już udało nam się przejechać, pędziliśmy do Gałacza, bo tam czekała nas przeprawa promowa przez Dunaj. To również było stresujące, bo nie wiedzieliśmy czy zmieścimy się na prom, czy będziemy musieli czekać na kolejny, albo czy przeprawa trwa bardzo długo. Mieliśmy duże szczęście - jako jedni z ostatnich wjechaliśmy na prom i praktycznie od razu mogliśmy płynąć. Taka przyjemność kosztowała nas 21 lei 50 bani (leje rumuńskie są mniej więcej w stosunku 1:1 do złotówki).



Do Tulczy dotarliśmy około 12:20. Na szczęście tuż obok portu był parking strzeżony (przy hotelu), wiec bez obaw mogliśmy płynąć do Suliny :). Podczas kupowania biletu (46 lei za sztukę), okazało się, że prom jest dopiero o 13:30! Szkoda, że w internecie próżno szukać takich informacji. Dobrze jednak, że transport był później, a nie wcześniej ;). Prom miał płynąc około 5 godzin. Na szczęście skończyło się na 4 godzinach z kawałkiem. Na szczęście - bo już powoli nie wyrabialiśmy na tym stateczku. Do przepłynięcia było tylko 71 kilometrów, więc łatwo obliczyć, że była to dość wolna podróż... A do tego krajobraz ciągnący się za burtą był cały czas taki jak na zdjęciu niżej.



Dopłynęliśmy na miejsce - z tego co czytałam wcześniej na rożnych blogach, powinni nas osaczyć lokalesi próbujący nam wcisnąć pokój do spania. Niestety... Po 10 minutach bezczynnego stania przy porcie podeszła do nas jedna babinka oferująca pokój z klimą za "jeden milion". Że ile?! Po chwili okazało się że milion to u nich  sto ;) (tak jak kiedyś u nas, w Rumunii jakiś czas temu mieli denominację i obcięcie czterech zer). Niestety i to było dla nas za dużo. W tej sytuacji postanowiliśmy poszukać czegoś na własną rękę. Sulina ma pięć ulic na krzyż, poszliśmy więc w stronę plaży. Doszliśmy do budynku kolonistów - tam właściciel wskazał nam kierunek (po angielsku!), gdzie może być miejsce w hotelu. Rzeczywiście, zgodnie z tym co mówił, po jakichś 500 metrach doszliśmy do hotelu. Niestety okazało się, że wszystkie hotele w Sulinie są obłożone, ale możemy szukać czegoś w prywatnych domach. Pan kazał nam jednak chwile poczekać. Krzyknął po swojemu coś do sąsiadki, ta odrzekła "da!" i w ten oto sposób znaleźliśmy nocleg w przyzwoitej cenie 70 lei. Okazało się, że w tym samym domu w pokoju obok spało rumuńskie małżeństwo, które siedziało obok nas na promiku:). Teraz trochę przeklinam to miejsce, bo babinka miała w domu pluskwy czy inne pchły i miałam 41 mega swędzących ugryzień na nogach i ręce. Swędzieć przestało po trochę ponad tygodniu, a ślady zeszły po powrocie... Piotrek na szczęście był czysty ;). Wracając do tematu  - jej domek wyglądał jak ze skansenu, albo jakby był wyjęty z polskiej wsi lat 70-tych. Totalny folklor... Na szczęście był normalny kibelek i prysznic.






Postanowiliśmy nie tracić czasu. Zostawiliśmy nasze plecaki, wzięliśmy stroje kąpielowe i ręczniki i pomaszerowaliśmy na plażę oddaloną jakieś 2 kilometry od domku. Po drodze spotkaliśmy Ionela i Mihailę, którzy również szli w tym samym kierunku. Po bardzo długim dniu,droga trochę się dłużyła, ale daliśmy radę. W razie co zawsze mogliśmy wziąć taksę, albo wsiąść do minibusa (trochę się zdziwiłam, że w tak małej mieścinie kursują taksówki i busiki...)




Sulina to dość turystyczna miejscowość (w porównaniu do innych wiosek w delcie), więc plaża była całkiem czysta, można było wynająć leżak oraz napić się czegoś. Mihaila, jako zaciążona kobieta nie mogła pływać, ale mogła za to popilnować naszych toreb :). Pierwszy raz w tym sezonie popływaliśmy w morzu. Niestety woda była syfiasta i bardzo ciepła. Ale czego tu się spodziewać, skoro do Dunaju wpadają brudy z połowy Europy?;) Rumuńska para postanowiła iść do domu, a my usiedliśmy na mini-molu i wypiliśmy piwko. 





Później postanowiliśmy iść zjeść coś do "centrum", czyli na Stradę 1 - tam znajdują się wszystkie knajpy, sklepy i port. W spacerze towarzyszyła nam piękna psina, która ewidentnie potrzebowała miłości. Gdy zatrzymywaliśmy się, on odwracał się i czekał na nas. "Przepędził"  nam również z drogi samopasącego się byka - ku naszemu przerażeniu nie był przywiązany łańcuchem... 

Na szczęście udało nam się dojść do rzeczonej drogi w jednym kawałku i zaczęliśmy szukać czegoś do jedzenia. Niestety nie było nic tamtejszego, więc skończyło się na całkiem fajnej... pizzy... Kolejnego dnia o 7:00 mieliśmy prom do Tulczy, wróciliśmy więc do naszej babinki. 

Wróćmy jeszcze do samego przypłynięcia na miejsce. Tuż po przybiciu do portu w Sulinie, Piotruś kupił bilet na poranny prom. Trochę się zdziwiliśmy ceną, bo niby czemu nagle jest do zapłacenia 56 lei za osobę? Otóż przy wchodzeniu na promik dowiedzieliśmy się o co chodzi - mój najlepszy chłopak kupił bilety na przyspieszony rejs katamaranem! Nie dość, że wyruszyliśmy już o 6:30 (na szczęście do portu przyszliśmy odpowiednio wcześniej), to po około 2,5-godzinnym rejsie, byliśmy już na miejscu! Serdecznie polecam tę opcję ;). 




Po śniadanku w Tulczy ruszyliśmy w krótką, ale malowniczą drogę do Konstancy, aby wyczilować przed nadchodzącym wielkimi krokami obozem w Słonecznym brzegu... 






Zobacz też

0 komentarze