#2 Kiszyniów i nie tylko

10:37

Kiszyniów, 13-15.07.2016


Kiszyniów był drugim przystankiem naszej podróży. Jak pisałam wcześniej (#1), drogi w Mołdawii są do zniesienia :). Być może z powodu opłat pobieranych za użytkowanie dróg. Winietka na 7 dni kosztuje 88 lei (ok. 17 zł). Pierwszy wieczór w Mołdawii zaczęliśmy od zameldowania się w hostelu przy ulicy Cosbuc - znajduje się on w typowo komunistycznym bloku ;). Recepcjonistka była ogólnie bardzo przestraszona i za dużo nie mówiła (mimo jakiejś tam znajomości języka angielskiego). Gdy rozpakowywaliśmy swoje rzeczy z auta nagle pojawiła się administratorka i zaczęła nam układać plan zwiedzania. My, zmęczeni całym dniem podróży, chcieliśmy tylko coś zjeść i napić się wina - gdziekolwiek. Gdy usłyszała że NIE WIEMY GDZIE IŚĆ, postanowiła, że zrobi nam wycieczkę objazdową po Kiszyniowie :). Wiozła nas tak, że zupełnie traciliśmy orientację. Gdyby nie nawigacja w komórce, nie byłoby tak prosto trafić z powrotem do hostelu. Styl jazdy Mołdawian to jakaś masakra - polega głownie na głośnym trąbieniu i wymuszaniu pierwszeństwa. Poza tym nasz kierowca był totalnie skupiony na tym, żeby pokazać nam każdy budynek w mieście, a nie na drodze ;). Szczęśliwie dla nas, dojechaliśmy do super knajpy La Placinte (na głównej ulicy Stefana Cel Mare). Jest to tania restauracja z mołdawskim jedzeniem. Piotrek wziął kurczaka w bekonie z tradycyjną sałatką warzywną, a ja pieczoną pierś indyka z grillowanymi warzywkami. Pycha! Do tego winko Percari i już byliśmy zakochani w Mołdawii. :)



Kolejnego dnia, zgodnie z radą pani administratorki, wstaliśmy wcześnie. Wybieraliśmy się do Orheiul Vechi, a jest to muzeum na świeżym powietrzu. Tak, ostatnio pisałam, ze nienawidzę muzeów - lecz to jest na świeżym powietrzu i zdecydowanie jedyne w swoim rodzaju! Piękne miejsce z niesamowitymi widokami. Oczywiście nie byłam przygotowana na taką dawkę słońca, więc po dwóch godzinach na słońcu byłam już spalona na buraczka;). Po kupieniu przewodnika i biletów których nikt nie sprawdzał, zaczepiła nas para Mołdawian. Okazało się, że są z głównej telewizji M1 i chcą zrobić wywiad. Zgodziliśmy się, bo o turystę tam ciężko. Pojawił się taki problem, że my nie gawiariu pa ruski, a oni po angielsku... Jakoś, nie wiem jak, wytłumaczyli nam co mówić - oczywiście po angielsku, a potem ktoś miał to przetłumaczyć. Ciekawa jestem efektu. Chcieli wysyłać reportaż na płycie pocztą, ale powiedzieliśmy, że wystarczy na mejla. Mam nadzieję, że dotrzymają słowa :). Po wywiadzie mogliśmy ruszyć dalej. Wchodząc na górę, aby zobaczyć cerkiew i świątynię wykutą w skale, spotkaliśmy dwóch poznaniaków - oni również udzielali wywiadu, ale po rosyjsku. Jakiś najazd Polaków na Mołdawię! :D Podziwiali naszą odwagę, by jechać maleństwem (Fiat 500) taki szmat drogi. Po pamiątkowej fotce ruszyliśmy każdy w swoim kierunku. Słońce piekło straszliwie, ruszyliśmy więc do Orhei - do winiarni Chateau Vartely.











Droga do Chateau Vartely nie jest skomplikowana, bo jest świetnie oznaczona. Jednak bez swojego samochodu raczej byłoby ciężko tam dotrzeć. Postanowiliśmy iść do restauracji. Gdy zobaczyliśmy wystrój i pięć gwiazdek przy nazwie, baliśmy się, że nie będzie nas stać na obiad. Lecz gdy podali nam menu, okazało się, że ceny nie są wygórowane. Przynajmniej dla turystów... Mołdawia to najbiedniejszy kraj Europy, więc przeciętnego mieszkańca kraju nie stać na takie fanaberie. Zamówiliśmy czerwone wino Cabernet-Sauvignon i na początek tradycyjny pieróg, placinte, z ziemniakami. Ma drugie danie wybraliśmy mięsko (kurczaka i wieprzowinę) z owczym serem, jajecznicą i mamałygą. Na deser również coś mołdawskiego - suszone śliwki namoczone w czerwonym winie nadziewane orzechem włoskim. Deser idealny! Za całość zapłaciliśmy jakieś 500 lei (ok. 100 zł). To naprawdę niewygórowana cena jak na tyle żarcia. Po obiedzie postanowiliśmy, że kupimy butelkę tego wina. Poszłam do sklepu i proszę o rzeczone wino i pytam się o cenę. Słyszę - 55 lei (ok. 11 zł). Że ile?! Wzięłam od razu trzy sztuki ;). Po udanych zakupach ruszyliśmy na zwiedzanie stolicy Mołdawii, Kiszyniowa.


W samym Kiszyniowie do zobaczenia jest właściwie jedna ulica - Bulevardul Stefan Cel Mare. Na niej jest wszystko, co "powinno" się zobaczyć: Opera, Parlament, budynek rządu, Pałac Prezydencki, posąg Stefana Cel Mare, Luk Triumfalny i takie tam. Dużo tego nie ma. Najbardziej zaciekawiły nas jednak miasteczka protestujących przed budynkiem rządu i Parlamentem...





W trakcie kolacji w La Placinte, poczytaliśmy trochę o sytuacji Mołdawii. Jest bardzo nieciekawie. Przez wiele lat, mimo, że Związek Radziecki upadł dawno temu, w Mołdawii rządzili komuniści. Dopiero w 2010 roku wybory wygrała partia proeuropejska. W 2014 powtórzyli sukces. W 2015 roku okazało się za to, że z państwowej kasy wyparował 1 mld dolarów, co stanowi 1/8 PKB kraju, więc logiczne, że ludzie są wkurzeni. Rozmawialiśmy z kelnerem i twierdził, że każdy wie kto to zrobił, ale nikt nie poniósł za to jeszcze odpowiedzialności - rząd był kompletowany ponownie, ale widać dokładnie te same twarze, co w poprzednim. Z tego co widać na ulicach, Mołdawia bardzo lubi UE i chciałaby być jej częścią. Jednak daleka do tego droga - kraj nadal uzależniony jest w pewnym stopniu od Rosji. Według niektórych specjalistów, Mołdawia najlepiej wyszłaby na swoje, po przyłączeniu do Rumunii. Ale zwolennikami tego rozwiązania jest tylko coś ponad 20% obywateli, więc jest to niemożliwe. Bardzo trzymam kciuki za ten piękny kraj. Szkoda, że tak mało osób go odwiedza, bo w wielu kwestiach rozkłada na łopatki wiele krajów zachodniej Europy - oczywiście nie, jeśli chodzi o infrastrukturę czy znajomość języków :). Ale klimat, serdeczność ludzi krajobrazy są niezapomniane. Za rok tu wracamy!!!




Zobacz też

0 komentarze