#1 Lwów? Nie dla mnie

18:22

Lwów, Kamieniec Podolski, 12-13.07.2016

26 dni i 5125 kilometrów przygody. Podróż już za nami, ale wspomnienia zostają. Zapraszam do czytania kolejnych wpisów z naszej wyprawy! :)

12 lipca z samego rana wyjechaliśmy z Tarnobrzega w stronę ukraińskiej granicy - nie z Torunia, ponieważ wcześniej przez dwa dni odwiedzaliśmy rodzinę mojego ukochanego. Muszę przyznać, że strasznie stresowałam się przejściem przez granicę. W czasach swobodnego podróżowania praktycznie bez żadnej kontroli, taka odprawa jest dość ciekawym przeżyciem :). Na szczęście wszystko przebiegło sprawnie i bez ekscesów (no może poza tym, że pan na polskiej granicy bardzo chciał sprawdzić nr VIN mojego autka, a jedyne miejsce gdzie można go znaleźć to tabliczka przy kole zapasowym - trzeba było wyjąć cały bagaż, który nie był wsadzony do bagażnika bez problemów ;)). Sama droga do Lwowa to bajka! Pamiętając pobyt na Ukrainie kilka lat temu, nie mogłam uwierzyć, że jadę po równej drodze :). Sytuacja zmieniła się diametralnie już w samym mieście. Jechałam maksymalnie 20-30km/h, bo bałam się, że coś mi może odpaść... Inni kierowcy nie przejmowali się stanem dróg, jechali tak szybko jak mogli i trąbili, bo im zawadzałam... Dalej było już tylko gorzej. 

Udało nam się jakoś w jednym kawałku dojechać do centrum, mimo że ludzie jeżdżą tu jak nienormalni (nie licząc trąbienia). Nasz hostel znajdował się na ulicy Valovej. Idealna miejscówka za śmieszne pieniądze. W ogóle ceny na Ukrainie są dla Polaków niskie... Gdy weszliśmy do hostelu, "Pani recepcjonistka" pierwsze co zrobiła, to kazała nam zdjąć buty. Na migi. I po ukraińsku. Język angielski jest tutaj nikomu niepotrzebnym wynalazkiem :). Potem, gdy chcieliśmy się zameldować, to po prostu zaprowadziła nas do pokoju, który bez klamki. My zdziwieni, pytamy się czy chce od nas paszport, czy coś. Ona, że nie. To może pieniądze? Da da, money. Żadnego rachunku, meldunku, podpisywania. Troszkę się zdziwiliśmy. No ale nic, trzeba było jej uwierzyć, że nas nie oszuka i nie będzie kombinowała coś w stylu, że pieniędzy to ona od nas nie wzięła.



Pierwsze nasze kroki skierowaliśmy w kierunku Rynku. Tam wstąpiliśmy do informacji turystycznej po mapki i przy piwku postanowiliśmy omówić gry plan.


Zdecydowaliśmy zacząć od spaceru do parku Vysokyi Zamok, na taki lwowski Kopiec Kościuszki ;). Widok jest niesamowity. Rekompensował on godzinną "wspinaczkę" po nierównych chodnikach :). Tak na marginesie, to na Ukrainie wszystko jest krzywe :P.







Dalej poszliśmy poszukać czegoś do jedzenia. Próbowaliśmy, chcieliśmy trafić do jakiejś ukraińskiej knajpy, ale się nie udało. Wylądowaliśmy u Włocha... Jedzenie pycha! Najedzeni i pełni energii, poszliśmy w kierunku Pałacu Potockich. Budynek piękny, ale takich wiele. Jeszcze do niedawna na ulicy Kopernika można było znaleźć kolorowe parasolki rozwieszone nad drogą. Niestety instalacja została zdjęta, a ulica Kopernika jest szara jak wcześniej.



Następnym punktem była Opera Lwowska. Budynek cudo, a fontanna przed nim idealnie się wkomponowuje w krajobraz. Można tam bardzo fajnie odsapnąć po kilku (kilkunastu;)) kilometrach w nogach. Szkoda tylko, że nie mieliśmy czasu, aby pójść na spektakl...




Jednym z punktów dnia miała być Lvivska Pyvovarnia. Poszliśmy więc w jej kierunku. Po drodze mijaliśmy bazar. Wyglądał on jak po wojnie :). Po 20 minutach doszliśmy na miejsce. Niestety... Okazało się, że Muzeum Piwa jest tymczasowo nieczynne. Szkoda tylko, że tej informacji nie było w internecie... To już był drugi niezrealizowany punkt wycieczki, moja irytacja narastała. Miałam tylko nadzieję, że najbardziej odjechane miejsce jakie udało mi się wcześniej odnaleźć w internecie, będzie możliwe do zobaczenia. Poszliśmy więc w kierunku Starego Rynku (nie mylić z Rynkiem Głównym!).  Nie był on naszym głównym celem, a jedynie punktem orientacyjnym - tuż obok, przy ulicy Kniazia Lva 3 znajduje się najdziwniejsze podwórko kamienicy jakie widzieliśmy (trzeba tam wejść od ulicy Uzhhodorskiej). Jak widać na zdjęciach, całe podwórko wypełnione jest pluszakami! Z jednej strony, mieliśmy tam niezły fun, ale z drugiej... jest to przerażające miejsce. Czy ktoś widzi na zdjęciach zabawkę z dzieciństwa? Ja tak! Miałam takiego pluszowego goryla ;).





Na koniec naszego pobytu we Lwowie wybraliśmy się na ostatnie piwo i kolację, potem poszliśmy do hostelu. Następnego dnia rano czekała nas długa droga i trudna do Mołdawii, do Kiszyniowa. Czemu trudna? Asfalt uformowany był w kształty takie jak: fale morskie, tarki, bulwy, górki. Jeśli ktoś narzeka ma stan polskich dróg, polecam wycieczkę na Ukrainę ;).



Tak tłukliśmy się średnio 60 km/h, aż ogarnęłam, że przecież za niedługo będziemy przejeżdżać przez Kamieniec Podolski! Byłam tam w 2013 roku i świetnie wspominam pobyt w tym mieście. Zdecydowaliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę na obiadek i przy okazji krotki spacer po mieście. Zgodnie stwierdziliśmy, że Kamieniec jest milion razy ładniejszy niż Lwów i żałowaliśmy, że nie zaplanowaliśmy tam noclegu... No nic, może kiedyś?






Po dwóch godzinach w mieście ruszyliśmy w dalszą drogę. Niestety stan nawierzchni nie był lepszy. Sytuacja zmieniła się po przekroczeniu granicy w Mołdawii. Droga być może nie jest idealna, na pewno jest gorsza niż w Polsce, ale przynajmniej było stabilnie i nic nas nie zaskakiwało jak na Ukrainie. Kół również nie chciało urwać :). Poza tymi ważnymi sprawami bezpieczeństwa, po Mołdawii jechało się po prostu ciekawiej. Co krok można było spotkać piękne wiaty przystanków autobusowych, kolorowe studnie i kapliczki. Bajka!

Jeszcze jedno słowo odnośnie Ukrainy. Wiecie co najlepiej stamtąd wspominam? Słoneczniki!!! Żółte pola ciągnące się po horyzont to dla mnie swoisty symbol tego kraju. Można na chwilę zapomnieć o rozlatujących się drogach, gdy zrobi się postój przy tak sprzyjających okolicznościach przyrody :) Początkowo gorączkowo wypatrywałam słoneczników - wiedziałam, że na Ukrainie jest ich mnóstwo. Lecz nie na północy, ale na południu - gdyby ktoś również stresował się, że jadąc na Ukrainę nie zrobi pięknego pamiątkowego zdjęcia z polem słoneczników.



Wracając do tematu. Czemu nadałam taki tytuł notce? Lwów na pewno nie jest dla mnie, lecz dla ludzi kochających muzea i historię samą w sobie. Mnie nie kręci oglądanie obrazów, rzeźb artystów, których nazwiska nigdy nie słyszałam... Lubię poczuć klimat miasta, zobaczyć coś ciekawego - a nie oglądać prawie identyczne kamienice i poznawać ich dzieje. Dużo bardziej za serce chwycił mnie Kamieniec Podolski. To małe miasteczko, ale z duszą :). Lwów-nie, Kamieniec-bardzo tak!!!

Zobacz też

0 komentarze