Luxembourg, my new love

15:33

Luksemburg, 28-29.06.2016

Luksemburg to taka mała rozgrzewka przed tym co czeka mnie w lipcu i na początku sierpnia. Bardzo czekałam na ten wyjazd - byłam zmęczona dziesięciomiesięczną harówą... Nawet taki krótki, nawet nie dwudniowy wyjazd potrafi naładować akumulatory :) A te muszą być bardzo naładowane przed eurotripem. Ale najpierw o tym co było!



Początkowo do Luksemburga miałam pojechać samotnie. Ale gdy Wika, moja koleżanka, dowiedziała się, że może ze mną jechać, moje plany uległy zmianom. Na lepsze - od jakiegoś czasu nie wyjeżdżam sama, bo smutno jest po prostu. Aby dostać się do małego kraju wciśniętego między Holandię, Niemcy i Francję, wybrałyśmy lot z Modlina do Charleroi, a stamtąd bus Flibco już do Luksemburga. Być może nie jest to najszybsza opcja dojazdu z możliwych, ale z pewnością najbardziej ekonomiczna. Nocowałyśmy w Youth Hostel. Jest najtańszy i chyba jedyny - a i tak cena nie powala ;). Udało nam się natomiast trafić na fajne połączenia lotnicze (wylot 28 rano, powrót 29 w nocy) dzięki czemu musiałyśmy wykupić tylko jeden nocleg.

Taka mała dygresja - jak już wspominałam, lądowałyśmy na lotnisku Bruksela Charleroi. Jak wiadomo, na innym brukselskim lotnisku był zamach terrorystyczny... Atmosferę niepokoju czuć bardzo mocno i na lotnisku Charleroi. Ograniczone jest wchodzenie i wychodzenie z terminala (jest tylko jedno wejście i wyjście), a na każdym kroku można spotkać żołnierza z karabinem... Szczerze, to nie czułam się bezpiecznie... W drodze powrotnej, po wyjściu z autokaru, policjant kazał nam wszystkim odłożyć bagaże, aby obwąchał je pies. Potem, już podczas czekania na samolot, służby podeszły do jednego mężczyzny, poprosiły go o paszport, bilet, a następnie przeszukały jego bagaż. Po wszystkim, mężczyzna został zabrany przez służby. Z jednej strony dobrze, że jest aż taka kontrola. Z drugiej nie czułam się komfortowo otoczona przez żołnierzy z karabinami. Bronie mnie przerażają. No ale przynajmniej dojechałam cała do domu, bez incydentów czy zamachów po drodze ;).

Po dojechaniu na dworzec piechotą poszłyśmy w stronę hostelu. Nie była to długa droga, zaledwie 1,5-kilometrowa. Ale za to bardzo wymagająca i piękna! Budynki i uliczki które mijałyśmy, zachwycały.  Bardzo zdziwiły mnie również wzniesienia jakie musiałyśmy pokonywać. Dziewczyna z Kujaw, delikatnie sprawę ujmując, nie jest do tego stworzona :). Już od pierwszych chwil miasto zaskakuje. W pozytywnym sensie! Po zameldowaniu, przebraniu się i poprawieniu makijażu ruszyliśmy na podbój Luksemburga.

Z racji że nasz hostel leżał na Rue De Fort Olisy praktycznie wszędzie miałyśmy blisko. Spacer rozpoczęłyśmy od "wspinaczki" na ściany klifów Kazamat Bock. Widoki cudowne, ale ździebka się bałam że z tarasu widokowego spadnę i że nie będzie co zbierać. Podziwianie widoków połączyłyśmy z odpoczynkiem po spacerze pod górkę oraz robieniem fotek. Trochę nam zeszło czasu na tej ostatniej czynności, ale co tam - przynajmniej było co oglądać po powrocie :).








Gdy już naoglądałyśmy się z góry budynków z czarnymi dachami, postanowiłyśmy zejść do nich i pospacerować po dzielnicy Grund. Jest to niezwykle urzekające miejsce, które kiedyś było dzielnicą robotniczą. Wstąpiłyśmy również do baru Updown, aby napić się miejscowego piwa. Nie mogłyśmy się zdecydować, które wybrać. Tu z pomocą przyszła nam pani barmanka, która spytała się czy może chcemy któreś spróbować? Zaniemówiłam. Czy ktokolwiek w Polsce miał taką sytuację? No może tylko w sklepach mięsnych. Po szybkiej degustacji wybrałam piwo Bofferding, a Wiktoria Battin. Polecamy oba :). W dobrych humorach postanowiłyśmy pójść dalej wzdłuż rzeki Alzette. Bulwary są idealne aby pospacerować, odpocząć, pobiegać i w ogóle dobre na wszystko. Był to przepiękny spacer. Kolejnego dnia również postanowiłyśmy wybrać się w tamte rejony.








Następnie postanowiłyśmy poszukać czegoś taniego i dobrego do zjedzenia. Niestety dla ludzi mieszkających w Luksemburgu "tanio" znaczy 15€, a dla nas to kupa kasy :). Szukałyśmy więc i szukałyśmy, a przy okazji doszłyśmy do Parku Péetrusse i do Mostu Adolfa. Park rzeczywiście jest przepiękny. Ma mnóstwo "poziomów"- naliczyłam cztery, ale mogę się mylić - oraz przepaści ;). Idealne miejsce na złapanie oddechu i reset. Ale w sumie taka jest cała stara część Luksemburga! Jeśli chodzi o Most Adolfa to muszę wierzyć zdjęciom w internecie-musi być niesamowity. Sama tego nie mogłam ocenić, ponieważ most był osiatkowany i chyba go remontują. Szkoda, ale nie ma co się załamywać -miasto ma naprawdę dużo do zaoferowania :). Wracając do hostelu (bo finalnie tam zdecydowałyśmy się zjeść obiad) trafiliśmy jeszcze na kościół Notre-Dame. Nie wiem czemu, ale przygotowując się do wyjazdu ubzdurało mi się, że kościół ten wygląda tak samo jak ten paryski ;). Niestety nie, ale też nie jest źle!






Kolejny dzień rozpoczęłyśmy od spaceru po ulicach Ville Haute, czyli Starego Miasta. Myślałam, że tam znajdę jakiś sklep z pamiątkami. Niestety było bardzo ciężko, a jeśli już gdzieś były magnesy, to takie prosto z Chin i z błędami w pisowni miasta... Jeśli ktoś jak ja jest maniakiem magnesów na lodówkę to muszę niestety go zmartwić - w Luksemburgu nie ma fajnych magnesów! :( Za to są fajne budynki i ulice, a to się liczy nawet bardziej ;). Odkryłyśmy kilka uroczych miejsc, lokalów i pubów. Aż szkoda, że nie miałyśmy więcej czasu i pieniędzy... 



Drugim miejscem, które odwiedziłyśmy były Kazamaty Bock. Za wstęp trzeba zapłacić, ale nie są to duże pieniądze-tylko 4€. Kasa nieduża, a jest to miejsce zdecydowanie warte zobaczenia. Dawno temu Luksemburg był jednym z najlepiej sfortyfikowanym punktem na mapie Europy. Do naszych czasów ostały się Kazamaty Bock i Péetrusse. Dla zwiedzających otwarte są te pierwsze. Miejsce trochę przerażajace, bardzo ciekawe, nie oszczędza zwiedzających (jest wiele stopni do pokonania, a schody są juz bardzo starte. Czuje to dziś w nogach ;)).



Ostatnim punktem dnia był spacer wzdłuż rzeki Alzette (a jakże!:)). Zaczęłyśmy nasz spacer tam, gdzie poprzedniego dnia go skończyłyśmy, czyli na wysokości Kazamatów Bock. Szłyśmy tak aż do Montée de Clausen. Po jakichś 5 minutach dotarłyśmy do Wiaduktu Passerelle, obok którego leżał nasz hostel. Naprawdę jest to idealna miejscówa do spania!





Być może dwa dni (nawet nie) spędzone w mieście nie dają pełnego oglądu, ale my jesteśmy w nim zakochane. Nie jechałyśmy tam imprezować, więc puste ulice Starego Miasta  o godzinie 21 nam nie przeszkadzały. Jedyne co bym poprawiła w tym mieście to napisy po angielsku - nawet menu w hostelu było tylko po francusku. Co prawda czytałam gdzieś, że angielski to język bankierów w Luksemburgu. No ale bez przesady - wiadomo, że większość turystów po francusku jednak nie mówi... Poza tym szczegółem, każda osoba która wybiera się do Luksemburga powinna być przygotowana na to, że będzie szła non stop pod górkę lub z górki (czemu nikt o tym nie pisze?:P). Luksemburg jest piękny i zachwyca w każdym momencie, na każdy, rogu. Jak mam napisane na magnesie I ❤️ LUXEMBOURG!


Zobacz też

0 komentarze