Berlin na rowerze, trochę alternatywnie

15:32

Berlin, 1-3.05.2015



To była nasza druga wizyta w Berlinie (moja i Piotrka). Tym razem postanowiliśmy po pierwsze: nie iść na wyspę muzeów oraz po drugie wziąć rowery! Zaplanowałam morderczą trasę, ale podołaliśmy. Do Berlina wybraliśmy się samochodem. Wybraliśmy hostel Sandino hostel  w Berlinie Wschodnim. Niezwykle klimatyczne miejsce, wszechobecny recykling, taka kwintesencja Berlina. Jest to hostel który działa od 1 maja do końca września. Powodem jest chyba brak ogrzewania. Mimo wiosennej pogody zamarzaliśmy, ale dużo się przytulaliśmy ;). Obok jest malutkie pole namiotowe, biegają kurki, kuchnia jest w sumie na podwórku. Pracownicy są niesamowici - wieczorem zorganizowali ognisko dla gości w... uwaga... bębnie pralki. :)

   

Po ogarnięciu się i złożeniu rowerów popedałowaliśmy w kierunku Muru Berlińskiego, do  East Side Gallery. Nie jest to dla nas nowość, ale ostatnia wizyta w tym miejscu była sprintem. Miałam wrażenie, ze mur, a raczej murale, są w dużo gorszym stanie niż były podczas naszej ostatniej wizyty. Nie ma co się dziwić, w końcu to otwarta galeria.



Od muru rzut beretem (tak się tylko wydawało) jest Molecule Man. Taka wielka rzeźba na rzece. Robi wrażenie.



Wieczór postanowiliśmy wykorzystać na odwiedzenie nieczynnego lotniska Tempelhof. Ostatnio czytałam, że jest tam obecnie obozowisko emigrantów... Szkoda. Tempelhof to gigantyczna przestrzeń. Na pasie startowym ludzie jeżdżą, latają na rolkach, puszczają latawce... Można tez pograć w minigolfa, napić się piwka albo zjeść currywursta.






Na kolejny dzień zaplanowałam gigatrasę. Coś ponad 70 km... Już dokładnie nie pamiętam. Piotrek nie mógł chodzić po powrocie do hostelu ;). Po drodze do celu mijaliśmy główne atrakcje. Nie będę się o nich rozpisywać ;). A naszym celem była Pawia Wyspa, czyli Pfaueninsel. Leży ona kilka kilometrów od Poczdamu. Droga wiedzie wzdłuż autostrady, od której oddzielona jest pasem zieleni i drzewami. Ruch jest głownie pieszy i rowerowy. Pfaueninsel jest to magiczna wyspa z parkiem i pałacem, wpisana na listę UNESCO. Może nie mieliśmy szczęścia, a może wyspa wcale nie jest taka pawia, bo spotkaliśmy zaledwie kilka ptaków... Ale za to jakich! Spędziliśmy tam kilka miłych chwil i trzeba było wracać, bo do domu było  ponad 35 km ;). W drodze powrotnej obowiązkowy currywurst!






Wieczorem szybkie piwko w totalnie odjechanym miejscu Haus Schwarzenberg przy Rosenthaler Str. 39. Dobry klimat, dużo street artu.






W ostatni dzień potraktowałam nas łagodniej. Pojechaliśmy zobaczyć niesamowite miejsce, które zwie się Teufelsberg, czyli Góra Diabła. Nie jest łatwo tam trafić, albo to my jesteśmy jacyś nieogarnięci:). Wejście i zwiedzanie tej chyba największej w Europie galerii street artu kosztuje 7€. Niezły biznes jak na zapadające się budynki i zero zabezpieczeń... Obecnie jest to galeria street artu, a jeszcze niedawno amerykańska baza, której zadaniem miało być podsłuchiwanie. Ta wielka tajna baza szpiegowska NSA, z wielkimi białymi "kulami" jest zbudowana na wielkiej górze. Więc tak ogólnie to chyba każdy kto miał być podsłuchiwany, wiedziałby o tym... Co więcej- skąd wzięła się ta góra? Powstała ona z ruin po II Wojnie Światowej. Sypali, sypali, aż się usypało 80 metrów. Pod gruzami, o zgrozo, jest niedokończony nazistowski Uniwersytet Techniczny. Warto przekonać się na własnej skórze jak tam jest i poczuć ten klimat! Zdecydowanie!










Berlin jest miejscem do którego będę zawsze chętnie wracała. Zawsze zaskoczy czymś nowym, jestem tego pewna!:)




Asia.

Zobacz też

0 komentarze