Rzymskie wakacje

21:50

Rzym, 4-8.02.2013




Wbrew tytułowi, to wcale nie były wakacje. Raczej ferie zimowe :). Mimo lutego, pogoda w Rzymie dopisywała! Do Rzymu planowałam lecieć z lotniska w Modlinie. Na szczęście niedługo przed moim odlotem okazało się, że z nawierzchnią pasa startowego lotniska jest coś nie tak. Wszystkie loty przeniesiono do Okęcia.

Do spania wybrałam mały hostel niedaleko dworca autobusowego. Nazywa się Hostel Beauty, a znajduje się na ulicy Via Napoleone III. Bardzo fajne, kameralne miejsce. Dużym plusem była również bliskość do wszystkich wartych uwagi miejsc w mieście - wszędzie poruszałam się piechotą :) 

"Problem" Rzymu polega na tym, że tam wszystko jest ładne... Nawet jeśli to zwykła kamienica - potrafi zrobić wrażenie. Nie wiadomo na co patrzeć i robić zdjęcia, dlatego mam ich mnóstwo! Dla mnie jest to miasto miliona rzeźb, fontann i kościołów ;). Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę i odkryję miasto z innej perspektywy.

Po zainstalowaniu się w hostelu, ruszyłam na pierwszy, popołudniowo-wieczorny spacer po okolicy. Okazało się, że tuż za rogiem znajduje się Bazylika Santa Maria Maggiore. Na mojej drodze znalazło się również Koloseum (jak się później okaże - codziennie jakoś udawało mi się wpadać na ten przybytek ;))












Kolejny dzień rozpoczęłam tak, jak skończyłam. Czyli Koloseum. Potem mój książkowy przewodnik zaprowadził mnie do Palazzo Venezia (tu również uda mi się wrócić - nie samotnie). Ostatnim miejscem, które zobaczyłam tego dnia był Panteon (oczywiście widziałam też milion innych pięknych budynków, które są na zdjęciach - niestety nie pamiętam czym są, lub co znajduje się w środku). Ogólnie rzecz ujmując - nie spieszyłam się. Po co? W końcu miałam wolne :).















Pierwszego dnia mojego pobytu w Rzymie, poznałam miłego chilijczyka - Rodrigo. On również podróżował sam - po całej Europie, więc postanowiliśmy jeden dzień spędzić wspólnie. Jak się okazało, Rodrigo miał już plan na kolejną trasę, więc po prostu się do niego podłączyłam. Rozpoczęliśmy, a jakże! Od Koloseum (nieźle, co?) oraz  Łuku Konstatyna. Dalej próbowaliśmy dostać się do Forum Romanum, ale okazało się, że niestety tego dnia było nieczynne. Dalej pomaszerowaliśmy w kierunku Piazza Venezia (znów...). Tym razem poszłam o krok dalej i dotarliśmy aż do Kościoła Santa Maria in Aracoeli. Po krótkiej przerwie na kawę postanowiliśmy udać się na Piazza di Trevi, żeby wrzucić pieniążka na szczęście :) Następnie - szlagierów ciąg dalszy! Po długim spacerze dotarliśmy do Schodów hiszpańskich. Dzień zdecydowanie obfity w atrakcje ;).
















Kolejnego poranka postanowiłam przespacerować się do Watykanu. A że blisko do Watykanu nie miałam, to po drodze zobaczyłam kolejny milion pięknych miejsc. Pierwszym przystankiem był Piazza Navona. Podobno najpiękniejszy plac na świecie. Ciekawe jak to jest badane.. 






 O! Do Watykanu już tuż tuż :). Drugim przystankiem był Castel Sant'Angelo. Po wdrapaniu się prawie na samą górę, były całkiem ładne widoczki.







Udało się! Dotarłam! Przyznam, że wejście do Watykanu imponuje. Bazylika św. Piotra wygląda przepięknie. W środku również, ale w sumie - to jak każdy kościół. 




A to zdjęcie z serii "podróżuję sama i poprosiłam Azjatę, żeby mi zrobił zdjęcie".



Po wyjściu z Bazyliki skierowałam się w stronę Muzeów Watykańskich. Troszkę trzeba się przejść. A po drodze atakują Cię murzyni sprzedający magnesy i breloczki... Samo Muzeum nie jest jakieś fascynujące. Ale wiadomo - co kto lubi. Wtedy wyznawałam zasadę, że głupio gdzieś nie pójść, jak już gdzieś się jest. Więc poszłam... Całe Muzeum wygląda jak na zdjęciu niżej. No może oprócz sali ze słynnym freskiem (życie na krawędzi! za takie coś zamykają ;)).





Na koniec pobytu w Watykanie udało mi się wreszcie spotkać tego pana :).


Do hostelu postanowiłam wrócić przez urokliwe Zatybrze. Niestety zdjęcia nie oddają piękna tego miejsca...

Ostatniego dnia poraz ostatni postanowiłam uderzyć w antyczny klimat miasta. Na pierwszy rzut poszło Koloseum (to już naprawdę ostatni raz). Następnie poszłam do Forum Romanum - tym razem się udało. Być może te miejsca nie robią szału. Ale to był mój pierwszy raz w Rzymie. Uważam, że każdy kto ma możliwość, powinien odwiedzić te miejsca. 










Ostatnim punktem pobytu w Rzymie była wizyta w Kościele Santa Maria in Cosmedin, a tak właściwie to Usta Prawdy. W średniowieczu kobiety podejrzewane o cudzołóstwo musiały wkładać w te "usta" rękę. Straszono je, że jeśli nie powiedzą prawdy, zostanie im odgryziona dłoń... Szczerze - nie wiem po co tam poszłam. Była to bardzo wątpliwa przyjemność. Po pierwsze - stałam chyba z 20 minut w kolejce tuż za Azjatkami przygotowującymi się do foty życia (poprawianie make-up'u i te sprawy...). Po drugie trzeba było zapłacić za to, że "Pan ochroniarz" zrobi Ci zdjęcie. Po trzecie - sami zobaczcie jak to zdjęcie wyszło. Gdybym była Azjatką, Pan by się bardziej postarał. Nawet kilka razy :)



Zobacz też

0 komentarze